Dlaczego nie zawsze dobrze rozumiemy „społeczny” aspekt tanga – Veronica Toumanova

Ory­gi­nal­ny tekst w j. angiel­skim: Why we are often con­fu­sed abo­ut what it means to be “social”, Vero­ni­ca Touma­no­va, verotango.com, 2014.
 Tłu­ma­cze­nie: Lecho­sław Hoj­nac­ki, 2016.


Tan­go jest tań­cem spo­łecz­nym i jako taki skła­da się z dwóch kom­po­nen­tów: “spo­łecz­ne­go” i “tanecz­ne­go”. Z pew­no­ścią mamy mniej-wię­cej kla­row­ny obraz zna­cze­nia kom­po­nen­tu “tanecz­ne­go” i tego, jak postę­po­wać w jego kon­tek­ście. Wszy­scy wie­my jak wyglą­da wpraw­ny tan­cerz, w YouTu­be jest ich peł­no, zaś na milon­dze szyb­ko iden­ty­fi­ku­je­my tan­ce­rzy “dobrych”. Lubi­my ich oglą­dać i chcie­li­by­śmy tań­czyć tak jak oni, bo mistrzow­ski taniec to rzecz urze­ka­ją­co pięk­na.

Co jed­nak z kom­po­nen­tem “spo­łecz­nym”? O jaki rodzaj umie­jęt­no­ści cho­dzi w tym kon­tek­ście? Co ozna­cza być “spo­łecz­nym” w tan­gu?

Na pierw­szym i naj­niż­szym pozio­mie “bycie spo­łecz­nym” ozna­cza respek­to­wa­nie ogól­nych reguł i oby­cza­jów w kon­kret­nym kon­tek­ście tan­go­wym. Cza­sem są bar­dzo restryk­cyj­ne, a cza­sem bar­dzo demo­kra­tycz­ne poczy­na­jąc od oddziel­nych stref miejsc sie­dzą­cych dla róż­nych płci na tra­dy­cyj­nych milon­gach w Buenos Aires aż do zupeł­nie dowol­nych inte­rak­cji spo­łecz­nych na tan­go­wym mara­to­nie.

Jeże­li poja­wiasz się w miej­scu, w któ­rym wszy­scy prze­strze­ga­ją okre­ślo­ne­go dress-kodu (np. na Wiel­kim Balu Sobot­nim duże­go festi­wa­lu), a jesteś w takim stro­ju jak­byś wła­śnie wyszedł na spa­cer z psem, wysy­łasz komu­ni­kat “rób­cie sobie, co chce­cie, ja nie nale­żę do tego towa­rzy­stwa”. W efek­cie zapew­ne będziesz sie­dział igno­ro­wa­ny przez więk­szość ludzi nie dla­te­go, że są zło­śli­wi, tyl­ko dla­te­go, że z ich punk­tu widze­nia nie uczest­ni­czysz w grze. Jeże­li nie respek­tu­jesz oby­cza­jów dane­go miej­sca, nie możesz narze­kać, że ludzie nie akcep­tu­ją cię “takim, jakim jesteś”. Pod tym wzglę­dem w tan­gu jest ina­czej niż w zwy­kłej spo­łecz­no­ści.

Na dru­gim pozio­mie “bycie spo­łecz­nym” ozna­cza sza­cu­nek dla innych tan­ce­rzy i na par­kie­cie i w jego oto­cze­niu. Waż­nym ele­men­tem są tu regu­ły sztu­ki poru­sza­nia się po par­kie­cie, kolej­ny­mi ele­men­ta­mi są regu­ły pro­sze­nia do tań­ca, odpo­wia­da­nia na zapro­sze­nie i ogól­ne inte­rak­cje spo­łecz­ne. Dener­wu­ją­ce, natręt­ne lub agre­syw­ne pro­sze­nie do tań­ca, wtrą­ca­nie się do pry­wat­nej kon­wer­sa­cji, naga­by­wa­nie, odgry­wa­nie obra­żo­ne­go w przy­pad­ku odmo­wy, narzu­ca­nie się zamiast uży­wa­nia naj­de­li­kat­niej­szych form nawią­zy­wa­nia kon­tak­tu: wszyst­ko to są przy­kła­dy zacho­wań “nie­zbyt spo­łecz­nych”. Sza­cu­nek w tym rozu­mie­niu ozna­cza tak­że pomoc w utrzy­my­wa­niu przy­ja­znej i relak­su­ją­cej atmos­fe­ry. Kwa­śne obli­cza, gło­śna kry­ty­ka, dokucz­li­wy dla innych hałas, bycie pod wyraź­nym wpły­wem alko­ho­lu, sprzecz­ki, sean­se zazdro­ści, dener­wo­wa­nie innych wła­sny­mi uwa­ga­mi, zawra­ca­nie gło­wy DJ-om two­imi życze­nia­mi muzycz­ny­mi, narze­ka­nie na orga­ni­za­to­rów w cza­sie, kie­dy pra­cu­ją, wszyst­ko to są destruk­cyj­ne zacho­wa­nia, któ­re wpły­wa­ją nega­tyw­nie na atmos­fe­rę. Tak­że przy­cho­dze­nie na impre­zę w fatal­nym nastro­ju z ocze­ki­wa­niem, że to inni ci go popra­wią, nale­ży zali­czyć do zacho­wań “nie­zbyt spo­łecz­nych”, cho­ciaż już sub­tel­niej­szych.

Trze­ci poziom “bycia spo­łecz­nym”, to sza­cu­nek dla two­ich part­ne­rów tanecz­nych, osób z któ­ry­mi wcho­dzisz w naj­bliż­sze rela­cje, ina­czej mówiąc “czyn­nik ludz­ki” w tań­cu. Nale­ży do tej kate­go­rii zali­czyć wszyst­ko od miłe­go zapa­chu oraz uprzej­me­go zacho­wa­nia w prze­rwach mię­dzy tań­ca­mi aż do stwo­rze­nia auten­tycz­ne­go połą­cze­nia ciał w samym tań­cu. W tym ostat­nim kon­tek­ście myśli­my o byciu respon­syw­nym, czu­łym na inten­cje part­ne­ra, ela­stycz­nym, a tak­że o uni­ka­niu mani­pu­lo­wa­nia part­ne­rem lub jakich­kol­wiek fizycz­nych naru­szeń.

Dla mnie “bycie spo­łecz­nym” w tan­gu ozna­cza wła­śnie te trzy rze­czy: sza­cu­nek dla oby­cza­jów i atmos­fe­ry miej­sca, sza­cu­nek dla innych tan­ce­rzy oraz sza­cu­nek dla part­ne­ra w tań­cu. Jeże­li poru­szasz się w ramach powyż­szych zasad, wte­dy to, co robisz ze swo­im wła­snym cza­sem, jest już wyłącz­nie two­ją spra­wą, podob­nie jak two­ją spra­wą jest z kim to robisz.

Ist­nie­je jed­na­ko­woż i inne rozu­mie­nie “bycia spo­łecz­nym” w tan­gu. Zgod­nie z nim, z im więk­szą licz­bą osób tań­czysz, tym bar­dziej jesteś spo­łecz­ny. Jesteś też postrze­ga­ny jako “jesz­cze bar­dziej spo­łecz­ny” jeże­li tań­czysz z wie­lo­ma oso­ba­mi, z któ­ry­mi tak napraw­dę nie chcesz zatań­czyć, ale któ­re chcą zatań­czyć z tobą, albo po pro­stu chcą zatań­czyć. Rdze­niem tej idei jest wia­ra, iż bycie spo­łecz­nym (albo altru­istycz­nym) ma coś wspól­ne­go z poświę­ca­niem swo­ich wła­snych życzeń na rzecz speł­nia­nia życzeń innych osób. Zgod­nie z taką defi­ni­cją tan­cerz, któ­ry życzy sobie tań­ca na pozio­mie odpo­wied­nim dla sie­bie (w kate­go­riach umie­jęt­no­ści i uzdol­nień part­ne­ra), po pro­stu nie może być praw­dzi­wie spo­łecz­ny i jest zatem aro­ganc­kim sno­bem. Zgod­nie jed­nak z takim para­dyg­ma­tem naj­bar­dziej spo­łecz­ni z wszyst­kich są począt­ku­ją­cy, zaś pro­fe­sjo­nal­ni tan­ce­rze są kom­plet­ny­mi dup­ka­mi, chy­ba że nie usta­ją w wysił­kach, aby tań­czyć z ludź­mi, z któ­ry­mi wole­li­by nie tań­czyć. Dopie­ro wte­dy mogą zostać uzna­ni za spo­łecz­nych i skrom­nych pomi­mo bycia zna­ko­mi­ty­mi tan­ce­rza­mi. W takim uję­ciu bycie świet­nym tan­ce­rzem zaczy­na być postrze­ga­ne jako prze­ci­wień­stwo bycia miłym. Czyż nie sły­sze­li­ście kie­dyś uwa­gi “jest świet­nym tan­ce­rzem a mimo to jest miły i skrom­ny”?

Skąd się bie­rze takie rozu­mie­nie “bycia spo­łecz­nym” w kate­go­rii słu­że­nia innym? Z wagi, jaką przy­kła­da­my do hoj­no­ści jako war­to­ści spo­łecz­nej. Bie­rze się z czę­sto powta­rza­ne­go zda­nia, że kie­dy byłeś począt­ku­ją­cy, bar­dziej zaawan­so­wa­ni tan­ce­rze tań­czy­li z tobą aby ci pomóc, zatem jeże­li jesteś zaawan­so­wa­ny, powi­nie­neś w ten sam spo­sób słu­żyć innym. Powszech­na jest wia­ra, że kie­dy sta­jesz się lep­szym tan­ce­rzem, masz coś do dania innym — waż­ny kapi­tał, któ­rym jest two­ja umie­jęt­ność kre­owa­nia satys­fak­cjo­nu­ją­cych prze­żyć tanecz­nych, więc powi­nie­neś hoj­nie nią obda­rzać tych, któ­rzy jej jesz­cze nie posie­dli.

Jest fak­tem, że w wie­lu przy­pad­kach począt­ku­ją­cy pole­ga­ją na “uprzej­mo­ści obcych”, kie­dy zaczy­na­ją tań­czyć, jed­nak tań­czą tak­że z inny­mi począt­ku­ja­cy­mi, a tak­że z oso­ba­mi, któ­re szcze­gól­nie lubią tań­czyć z począt­ku­ją­cy­mi (głów­nie pro­wa­dzą­cy z począt­ku­ją­cy­mi podą­ża­ją­cy­mi). Bycie zbyt hoj­nym ma pew­ną istot­ną wadę. Otóż wła­śnie “bycie poza zasię­giem zain­te­re­so­wa­nia” kon­kret­nych, pożą­da­nych przez nas tan­ce­rzy jest czę­stym impul­sem do roz­wo­ju naszych wła­snych umie­jęt­no­ści.

Ist­nie­ją wszak­że sytu­acje, w któ­rych pew­nie będziesz wdzięcz­ny innej oso­bie za hoj­ność zatań­cze­nia z tobą: kie­dy jesteś w zupeł­nie nowym miej­scu, kie­dy jesteś total­nie począt­ku­ją­cy, kie­dy czu­jesz się samot­ny i opusz­czo­ny. Kie­dy inny tan­cerz oka­zu­je ci ten rodzaj szla­chet­nej hoj­no­ści, powi­nie­neś to doce­nić; pamię­taj jed­nak, że jest to tyl­ko jego wol­ny wybór, nie zaś zobo­wią­za­nie. Tan­go to nie usłu­gi spo­łecz­ne, ale pasja. Ludzie przy­cho­dzą tań­czyć przede wszyst­kim dla wła­snej przy­jem­no­ści, nie zaś po to, by spraw­dzić, czy nie mogli­by komuś w czymś pomóc. Pro­po­nu­ję: ile­kroć zła­piesz się na tym, że obwi­niasz innych tan­ce­rzy o to, że nie są wystar­cza­ją­co hoj­ni w sto­sun­ku do cie­bie, zadaj sobie pyta­nie: “a dla kogo ja byłem dzi­siaj hoj­ny?”. Jeże­li ocze­ku­jesz hoj­no­ści, naj­pierw sam ją okaż. Naj­pro­ściej będzie, jeże­li w tym momen­cie będziesz mógł wska­zać tan­ce­rza, któ­re­go nor­mal­nie odrzu­cił­byś, a z któ­rym (któ­rą) zatań­czy­łeś ze szla­chet­nych pobu­dek bycia hoj­nym. Tyl­ko, jeże­li czy­nisz coś regu­lar­nie, możesz tego same­go ocze­ki­wać od innych. Ocze­ki­wać, ale nie wyma­gać.

Ist­nie­je prze­świad­cze­nie, że ta posta­wa “bycie spo­łecz­nym w rozu­mie­niu słu­że­nia innym” poma­ga w kształ­to­wa­niu sil­nych spo­łecz­no­ści w któ­rych tan­ce­rze raczej mie­sza­ją się ”każ­dy z każ­dym” niż two­rzą “nisze” opar­te na natu­ral­nych podo­bień­stwach. Jest w tym wie­le praw­dy, zwłasz­cza w małych lokal­nych śro­do­wi­skach odse­pa­ro­wa­nych od wpły­wów ze stro­ny innych śro­do­wisk, któ­re chcą zacho­wać wła­sną inte­gral­ność oraz atmos­fe­rę wol­ną od wza­jem­nych uprze­dzeń. Jeże­li jed­nak dana spo­łecz­ność chce kul­ty­wo­wać wyż­szy poziom tań­ca, zaawan­so­wa­ni tan­ce­rze muszą móc tań­czyć z kim­kol­wiek chcą, bez poczu­cia bycia osą­dza­ny­mi lub bez jakich­kol­wiek innych naci­sków — aby mogli inspi­ro­wać innych do roz­wo­ju.

Ist­nie­je jesz­cze inny waż­ny kom­po­nent takie­go uję­cia “bycia spo­łecz­nym”. Jest nim kon­kret­nie nacisk, aby tań­czyć “z tak wie­lo­ma oso­ba­mi, jak tyl­ko się da”. Tan­go jako taniec intro­wer­tycz­ny przy­cią­ga wie­lu intro­wer­ty­ków. Tań­cze­nie “z tak wie­lo­ma oso­ba­mi, jak tyl­ko się da” nie jest jed­nak zbyt intro­wer­tycz­nym spo­so­bem socja­li­za­cji. Jest to eks­tra­wer­tycz­na meto­da bycia spo­łecz­nym (na chwi­lę zostaw­my na boku czyn­ni­ki zwią­za­ne z umie­jęt­no­ścia­mi tanecz­ny­mi). Typo­wy intro­wer­tyk mógł­by zatań­czyć przez cały wie­czór dwie-trzy tan­dy z oso­ba­mi, z któ­ry­mi chciał(a) zatań­czyć, potem zaś usiąść cichut­ko w kącie aby uspo­ko­ić emo­cje. Intro­wer­tyk mógł­by uciąć sobie dłuż­szą oso­bi­stą kon­wer­sa­cję z przy­ja­cie­lem pod­czas gdy eks­tra­wer­tyk zdą­ży zebrać naj­now­sze plot­ki, przy­wi­tać się z każ­dą oso­bą w sali, poga­dać z kil­ko­ma sta­ry­mi przy­ja­ciół­mi i napić się z paro­ma nowy­mi. Jako spo­łe­czeń­stwo mamy bar­dzo eks­tra­wer­tycz­ny obraz tego co zna­czy “być spo­łecz­nym”. Dzie­je się tak z tej pro­stej przy­czy­ny, że to eks­tra­wer­ty­cy na zbio­ro­wych impre­zach sta­no­wią więk­szość i to oni świę­cą tam suk­ce­sy. Utrzy­mu­jąc jed­nak tak eks­tra­wer­tycz­ne kry­te­ria “bycia spo­łecz­nym” zasad­ni­czo musie­li­by­śmy uznać, że intro­wer­ty­cy nie mogą w żaden spo­sób “być spo­łecz­ni”, co jest absur­dem.

Z uwa­gi na tak sze­ro­kie spek­trum rozu­mie­nia co zna­czy “być spo­łecz­nym” w tan­gu, doświad­cza­my cią­głe­go kon­flik­tu inte­re­sów. Z jed­nej stro­ny tan­ce­rze tan­ga są zachę­ca­ni do ucze­nia się i pod­wyż­sza­nia jako­ści tań­ca nie tyl­ko dla­te­go, że tego bar­dzo pra­gną ich nauczy­cie­le, ale dla­te­go, że roz­wój umie­jęt­no­ści pro­wa­dzi do bar­dzo przy­jem­nych doznań tanecz­nych oraz dla­te­go, że chce­my być tacy, jak tan­ce­rze, któ­rych podzi­wia­my. Z dru­giej stro­ny utra­ta uzna­nia spo­łecz­ne­go jest obcią­że­niem dla każ­de­go, kto chciał­by sta­wać się lep­szym tan­ce­rzem i tań­czyć z lep­szy­mi part­ne­ra­mi. Obcią­ża­my innych tan­ce­rzy, któ­rzy nie tań­czą “z tak wie­lo­ma oso­ba­mi, jak tyl­ko się da” nie są wystar­cza­ją­co hoj­ni dla innych i nie dzie­lą się swo­im “kapi­ta­łem”. Pre­sję tę napę­dza prze­świad­cze­nie, że liczy się ilość. A jest ina­czej: liczy się jakość tego co robisz, rodzaj ener­gii, któ­rą w to wkła­dasz.

Kie­dy już zaak­cep­tu­je­my, że “bycie spo­łecz­nym” ozna­cza sza­cu­nek na trzech pozio­mach (oto­cze­nie tanecz­ne, inni tan­ce­rze oraz twoi part­ne­rzy w tań­cu) oraz kie­dy porzu­ci­my postrze­ga­nie “bycia spo­łecz­nym” w kate­go­riach chę­ci słu­że­nia innym lub w ska­li dużej licz­by tań­ców oraz wresz­cie kie­dy w to miej­sce umie­ści­my jakość wszyst­kich naszych inte­rak­cji, wte­dy — wie­rzę — wszyst­kie nasze spo­łecz­ne war­to­ści znaj­dą się na wła­ści­wych miej­scach. Co wię­cej, możesz być praw­dzi­wie spo­łecz­nym tyl­ko, kie­dy pozo­sta­jesz w sta­łym kon­tak­cie z auten­tycz­nym sobą. Bo, widzisz, tan­go jest jed­no­cze­śnie i “spo­łecz­nym”, i “tań­cem”. Żaden z tych kom­po­nen­tów nie jest jed­nak praw­dzi­wym celem tan­ga. Praw­dzi­wym celem jest radość, a każ­dy z nas ma wła­sne prze­ko­na­nie co daje mu naj­głęb­szą radość. Dla nie­któ­rych ozna­cza to wie­le tand, dla innych zatań­czyć dobrze z “tą spe­cjal­ną oso­bą”. Dla nie­któ­rych ozna­cza to kon­tak­ty spo­łecz­ne z przy­ja­ciół­mi, dla innych hoj­ność dla tych, któ­rzy jej potrze­bu­ją. Bądź­my więc tan­ce­rza­mi, bądź­my róż­ni, jed­nak przede wszyst­kim bądź­my rado­śni.

 

 


Not­ka od redak­cji: To nie jest nowy tekst, wie­lu z Was mogło się już z nim spo­tkać, w ory­gi­na­le lub tłu­ma­cze­niu, wcze­śniej. Zde­cy­do­wa­li­śmy się jed­nak na jego „re-publi­ka­cję” tutaj ponie­waż uzna­je­my, że nadal jest pięk­ny, aktu­al­ny i waż­ny. Mamy nadzie­ję, że przy­pad­nie wam do gustu bo pla­nu­je­my kolej­ne publi­ka­cje tek­stów Vero­ni­ki 😉 

Dzię­ku­je­my Lecho­sła­wo­wi za zgo­dę na publi­ka­cję oraz pra­cę nad tłu­ma­cze­niem. Zapra­sza­my na jego stro­nę gdzie znaj­dzie­cie wie­le cie­ka­wych i war­to­ścio­wych infor­ma­cji etaniec.org!

Pogru­bie­nia pocho­dzą od autor­ki i redak­cji.

 

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Lechosław Hojnacki

Bielszczanin. Szereg lat temu zobaczył ocho i gancho i ? nieuleczalnie zachorował na tango. Dziś jest też współorganizatorem jednej z milong w Bielsku-Białej i TJ-em. Prowadzi witrynę etaniec.org

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X