Dla mnie tango po prostu się zdarza – wywiad ze Slavą Ivanovem

Zaczynaliście w specyficznych okolicznościach, na korytarzu, w innej szkole, z jedną uczennicą, ale przecież nauczyciele też się od kogoś uczą. Masz swoich maestros? Ludzi, którzy są twoją nauczycielską i taneczną inspiracją?

Oczywiście! Ale tutaj musiałbym zacząć od początku.

Kiedy zaczynałem tańczyć w Moskwie była tylko jedna szkoła. Byliśmy grupą entuzjastów i zapaleńców, a w tamtych czasach nie istniał jeszcze facebook czy youtube. Bardzo czuliśmy ten brak informacji. Docenialiśmy każdego tanguero, który odwiedzał Moskwę. Niezależnie od tego, czy był to profesjonalny nauczyciel, czy nieco bardziej zaawansowany tancerz. Byliśmy absolutnie głodni jakiejkolwiek wiedzy.

Pamiętam, to chyba było trzy miesiące po tym jak zacząłem tańczyć, odwiedził nas Eric Jorissen z Nijmegen (Holandia). Popatrzył na nas i powiedział: wiecie co? Jesteście niesamowici, jesteście świetni, naprawdę wspaniali, ale… chyba muszę wam co nieco powiedzieć o podążaniu i prowadzeniu w tangu. Na co wszyscy oczywiście zrobili wielkie wooow! Jakiś czas później przyjechała Brigitta Winkler i zaczeła nam mówić o tangowym objęciu. O rzeczach, o których przynajmniej ja, nie miałem wcześniej pojęcia.

A obecnie? Kto jest dla ciebie największą inspiracją?

Bardzo cenie Sebastiana Arce, człowieka, który otworzył przede mną drzwi do świata muzykalności. To było w 2007 i nigdy wcześniej nie spotkałem nauczyciela, który by przywiązywał wagę do tego aspektu tańca. Sebastian był pierwszy i od tego czasu tango już nie było takie same.

Pytam, ponieważ uczysz tanga od prawie 15 lat, czy można czasem utknąć w swego rodzaju rutynie i stanąć w miejscu? Więc zastanawiam się, co jest tą Twoją największą siłą i inspiracją do tego, aby dalej uczyć, i to osoby na różnym poziomie zaawansowania, bez wpadania w „rutynę”.

Jeśli mam być szczery, ja to po prostu kocham. Żyję z tanga i nauczania na co dzień, przestałem pracować na etacie w 2006. Jak już wspomniałem to była dobra praca, dobrze płatna, więc rezygnacja z niej oznaczała, przynajmniej na początku, że moja ekonomiczna sytuacja ulegnie raczej pogorszeniu. Pamiętam, że przez pierwszy rok głównie spałem (i znowu ten śmiech na wspomnienie dawnych lat). Do tej pory to było naprawdę wykańczające fizycznie: praca na etacie, lekcje, milongi… musiałem nadrobić braki snu.

Ale tego co robię teraz nie lubię nawet nazywać pracą. Dla mnie to coś znacznie większego i głębszego.

To twoja pasja?

To mój świat…

Wierzę, widziałam cię podczas warsztatów. Wydajesz się zupełnie pochłonięty tym co robisz i umiesz nawiązać świetną relację z grupą.

Tak, ale pamiętam też początki. Miałem dwadzieścia sześć, może dwadzieścia siedem lat i pomyślałem sobie, że nie jestem nauczycielem, jestem bardziej trenerem. Jestem od tego, żeby wyjaśnić i wytłumaczyć. Bo w końcu jak mam nauczyć drugiego mężczyznę jak kochać kobietę, skoro on jest dwa razy starszy ode mnie? To było moje początkowe nastawienie, po kilku latach doszedłem do wniosku, że chyba jednak mogę spróbować.

Zebrałeś trochę doświadczenia?

Tak, poczułem, że jednak mam w sobie tę moc.

Z perspektywy twojego doświadczenia, jako tanguero, jako bywalca na wielu milongach i jako nauczyciela. Co jest dla ciebie osobiście najważniejsze w tangu?

Nie jest mi łatwo znaleźć jeden najważniejszy element… (i tu Slava zamyślił się na dłuższą chwilę)

Dla mnie tango to bycie tu i teraz.
Bycie razem tu i teraz.
Dzielenie się i tworzenie czegoś niepowtarzalnego tu i teraz. Nic innego nie ma znaczenia.

Dla mnie tango po prostu się zdarza. Nie zdarza się zawsze, jest raczej rzadkie. Ale kiedy naprawdę się wydarzy to wiesz, że było warto. To może być raz do roku, może raz w miesiącu, to bardzo subiektywne i osobiste doświadczenie. Kilka lat temu tańczyłem z jedną dziewczyną w Budapeszcie… to było coś niesamowitego, jak niebo pełne gwiazd. I wiesz co? Po kilku dniach zdałem sobie sprawę, że zupełnie nie pamiętam jej twarzy, nie pamiętam koloru jej sukienki, imienia ani muzyki, do której tańczyliśmy, ale do teraz pamiętam jej dotyk i uścisk jej dłoni na koniec tandy.

Majakowski [rosyjski poeta] kiedyś powiedział: poezja jest jak wydobycie radu, rok wysiłku i tylko gram zdobyty. Mam wrażenie, że ostatecznie pracujemy, ćwiczymy i tańczymy właśnie dla tych małych gramów, dla tych kilku sekund, kilku milimetrów. Dla mnie prawdziwe tango jest wtedy, kiedy czas staje w miejscu, jesteśmy tylko my, tylko tu i tylko teraz.

Mówiąc szczerze, tutaj oboje odpłynęliśmy każdy trochę w swój świat. W parku, gdzieś w centrum Poznania… w deszczu, który zaczynał coraz mocniej padać. Mi uciekły z głowy wszystkie pytania, Slava odpalił kolejnego papierosa. Czas gdzieś sobie płynął.

Dla mnie tango jest po to, żeby zapomnieć i po to, żeby pamiętać.

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Maria Kownacka

Z wykształcenia historyczka, z zawodu graficzka, tańczy odkąd pamięta. Kiedy nie tańczy, nie oddycha. Redaktorka Tango Nuestro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X