Nic na siłę – rozmowa z Piotrem Kostrzębskim o tangu i fizjoterapii

No właśnie, dlatego moje oryginalne zdziwienie, skąd w takim tańcu zapotrzebowanie na fizjoterapeutę!

No bo widzisz, tango owszem jest tańcem „leniwym” ale człowiek nie umie odpoczywać. Przeciętny Kowalski myśli, że jak idzie na zajęcia czy jak tańczy to musi się spocić, musi się zmęczyć i używa mięśni w złym zakresie, ze złą siłą, ze złym napięciem i wtedy pojawiają się przeciążenia.

Chociaż często się powtarza na zajęciach czy warsztatach, że w tangu ma być wygodnie, ma być lekko, że właśnie mamy się nie zmęczyć. Później zdarzało mi się niejednokrotnie tańczyć w takich bardzo powiedzmy „zakleszczonych”, siłowych objęciach. Gdzie ruch nie wynikał z dynamiki ale był bardzo siłowy. Człowiek ma wtedy wrażenie, że to nie para tańczy ale dwie osoby przestawiają się wzajemnie po parkiecie.

Dokładnie tak. Przełożę to może na język instrumentalisty. U nas akordeonistów, zawsze się mówiło, że ręka musi być leniwa. Czyli, patrząc z zewnątrz, muzyk gra tak jakby od niechcenia, ręka sama chodzi. To zakłada bardzo ergonomiczną postawę. Aby to uzyskać muszę tą rękę rozluźnić, natomiast inne mięśnie muszą się do tego odpowiednio dostroić, no bo jeśli wszystko mi się rozluźni to upadnę. To samo jest w tangu. Całe ciało musi być relatywnie rozluźnione ale to tak zwane centrum musi trzymać stabilizację. Tylko znowu nie za wszelką cenę.

Jesteśmy trochę przyzwyczajeni do własnego ciała a ty przychodzisz i zaczynasz ustawiać człowieka na nowo.

Nie do końca ustawiam ciało na nowo – w niektórych sytuacjach wręcz tego unikam. Każdy z nas ma swój nazwijmy to ,,program tkankowy”, na który pracuje latami. Byłbym wręcz zbrodniarzem tkankowym, gdybym JA – terapeuta wiedział lepiej niż TY (Twoje ciało i organizm) jaki program jest dla Ciebie lepszy. Jedyne co to staram się w przypadku ,,zapętlenia” przerwać patomechaniczny łańcuch – a ciało zgodnie z prawami natury i fizjologią LECZY SIĘ SAMO – ja czasami tylko stwarzam do tego warunki. Były gdzieś badania prowadzone, nie pamiętam teraz instytutu ale są dostępne w Internecie, gdzie przyjmuje się, że taniec tanga argentyńskiego aktywuje pewną część kory mózgu, której człowiek na co dzień nie używa. W dodatku aktywacja tej części kory jest bardzo pożądana przy leczeniu i rehabilitacji pacjentów z Parkinsonem czy stwardnieniem rozsiany. Tango potrafi to w naturalny sposób wymusić. Tylko trzeba mieć mądrego instruktora. Kogoś kto jest świadomy skąd płynie ruch, jak go naturalnie zainicjować i kto będzie umiał mądrze tą wiedzę przekazać. Z drugiej strony to też wymaga od samego tancerza systematyczności i słuchania własnego ciała.

Z systematycznością chyba jeszcze nie jest tak źle ale ze świadomością już chyba gorzej? Zdaje się, że nasz styl pracy i życia też specjalnie nie pomaga? Osiem, dziesięć godzin w pracy, często przy biurku a potem szybko na zajęcia i myślimy przede wszystkim o tym żeby się ruszać a już mniej o tym jak ten ruch na nasze ciało wpływa.

I ja bardzo często takich ludzi widzę. Sekretarka wyszła z pracy, poszła tańczyć tango i mimo, że stoi czy tańczy to dla mnie wygląda jakby siedziała. Czyli głowa zadarta do góry, tak zwana protrakcja, zgarbiona, ramiona podniesione, szyja schowana. Bardzo rzadko zdarza się, że taki człowiek jest w stanie samymi ćwiczeniami zmienić to ustawienie, to wymaga wiele czasu i ogromnej świadomości własnego ciała. Najczęściej nie obejdzie się bez pomocy z zewnątrz. Ludzki organizm to jest jedność. Jeśli coś złego dzieje się w stopach to na pewno będzie to rzutować na barki, szyję czy głowę i trzeba być świadomym tych wzajemnych relacji.

A kto przychodzi do ciebie najczęściej? Leczysz tylko tancerzy tanga czy inne dyscypliny też się zdarzają?

Z innymi tancerzami jest trochę gorzej. Przynajmniej tutaj w Poznaniu, a jestem tu od nie dawna bo nieco ponad pół roku. W Warszawie było wielu sportowców i tancerzy latynoamerykańskich, gdzie przy przeprostach mamy ogromne obciążenia kolan. Natomiast ja się przede wszystkim zajmuję rehabilitacją neuroortopedyczną a sportowcy, w tym tancerze to taka moja pasja i odskocznia. Bo jak przychodzi do mnie taki tancerz, który jeszcze chce coś w swoim ciele poprawić to jest dla mnie…

Wyzwaniem?

Wyzwaniem też, ale ja wręcz „zaczynam się ślinić” bo widzę ile ja jeszcze mogę z niego wyciągnąć i wykrzesać. Kiedy taki tancerz do mnie przychodzi, ja zawsze mówię, pokaż mi o co ci chodzi. Czyli jeśli ktoś nie ma żadnego urazu, a chce poprawić coś w swojej technice, to ja muszę najpierw tą technikę zobaczyć, zrozumieć, często muszę ją nagrać. Pamiętam jak kiedyś przyszedł do mnie tancerz i mówi: mam problem z pivotem, widzisz? Kolano mi za bardzo ucieka. Ja mówię, dobra to przyjdź za tydzień. Ale to już koniec wizyty? Tak bo ja muszę sam to poćwiczyć. Musiałem zrozumieć mechanikę tego ruchu. Co mnie boli, co ja napinam. Ja go nie nauczę robienia pivotów, to nie moja rola, ale jestem od tego aby go we własnym ciele w tej technice ustawić, aby dać mu panowanie nad ciałem i poszerzyć jego zakres.

W świecie zawodowych sportowców, szczególnie biegaczy z którymi sporo pracuję, dużą rolę zaczęła odgrywać elektronika. Stawia się takiego delikwenta na platformie, podłącza się milion czujników i już wiemy, które mięsnie nie pracują i na tych się możemy skupić. Moim zdaniem to trochę bez sensu. Człowieka nie da się do końca przeanalizować elektroniką.

Nie jesteśmy wzorem matematycznym?

Dokładnie! Szczególnie, że maszyna nie uwzględnia jego możliwości psychosomatycznych. Czyli jak on się psychicznie czuj podczas tego ruchu. Co z tego, że będzie wzmacniać mięśnie brzucha czy łydki, żeby miał lepsza faza wybicia, jeśli on na przykład z jakiegoś powodu boi się tego ruchu Mam platformę na której mogę postawić człowieka i zobaczyć gdzie jest jego środek ciężkości i jak on pracuje. Ale u ciebie on może być w jednym miejscu i to dla ciebie będzie prawidłowe a u mnie będzie w innym i też będzie dobrze. Posłużę się takim prostym przykładem. Kiedy jeszcze studiowałem fizjoterapię to byliśmy uczeni robienia prawidłowego przysiadu, tak żeby kolana się nie wysunęły przed palce. A jakieś dwa lata po skończeniu studiów pojawiły się nowe wytyczne, że nie ma wytycznych, co do tego jak taki prawidłowy przysiad powinien wyglądać ponieważ wszystko zależy od długości piszczeli.

Chyba w każdej dziedzinie tak już jest z tymi normami, że co chwila się zmieniają. Jeśli cię dobrze rozumiem, to przede wszystkim chodzi o to, żeby siebie samego słuchać? Słuchać tego co mówi nasze ciało. Jeśli coś robię i to sprawia ból lub dyskomfort to chyba robię coś źle lub z moim ciałem jest coś nie tak.

Ja powtórzę za profesorem Dziakiem, który uczył mnie ortopedii: jeśli u człowieka pojawia się dyskomfort to jest moment, żeby go wyleczyć, natomiast kiedy pojawia się ból to już jest trochę za późno i ja już mogę tylko zaleczyć. Jednak to miejsce, przez jakiś czas będzie o sobie „przypominać”. Pewnie nie wszyscy o tym wiedzą ale jeśli sobie skręcę kostkę, lekko, to tam robi się pewne rozwłóknienie oraz mikrokrwiak i trwa okres odbudowy. I teraz uwaga, żeby ta tkanka dla mojego mózgu i mojego ciała była znowu powiedzmy „neutralnie zdrowa”, to potrzeba nawet 360 dni.

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Maria Kownacka

Z wykształcenia historyczka, z zawodu graficzka, tańczy odkąd pamięta. Kiedy nie tańczy, nie oddycha. Redaktorka Tango Nuestro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X