Serce tanga bije na milongach – wywiad z Beatą Maią Gellert

Proszenie lub nie ? wieczna zagwozdka dla pań. Dlaczego wczoraj ze mną tańczył, a dzisiaj nie?

Bo nie chce. I raczej nie zgadniemy powodów, które mogą być różne i wynikać z zupełnie czego innego, niż nam się wydaje. Wszyscy przychodzimy dobrze się bawić, lecz każdy z nas czego innego do dobrej zabawy w danym momencie potrzebuje. I warto to uszanować.
Kiedy byłam w Buenos, usłyszałam radę, żeby każdą milongę traktować jak odrębną imprezę. Za każdym razem iść tak, jakby to miała być pierwsza milonga w nowym miejscu, z nowymi ludźmi.
I uznałam, że to jest dla mnie świetna myśl, bardzo pomocna! Pomaga uniknąć rozczarowania i jeszcze zachować ciekawość, świeżość spojrzenia. Swego czasu bardzo potrzebowałam takich myśli, bo właśnie przez ?nieproszenie? przepłakałam kiedyś wiele nocy.

O?!

A tak! Długo nie byłam jakoś specjalnie rozchwytywaną partnerką.

Opowiedz o tych przepłakanych nocach.

Są takie dni, kiedy bardzo chcesz tańczyć i? nic! Niby wiesz, że przecież coś tam umiesz, uśmiechasz się, znasz ludzi, założyłaś sukienkę, usiadłaś w dobrym miejscu, odprawiłaś czary (żartuję!) i ? nadal nic. Po kilku takich dniach z rzędu musiałam z bezradności wypłakać się w poduszkę. Długo nie umiałam sobie z tym radzić. Przełom nastąpił dzięki mojemu wspomnianemu nietangowemu ex-narzeczonemu.

Pamiętam jak dziś: trzeci dzień warszawskiego festiwalu, który na domiar złego współorganizowałam. Od początku imprezy nikt mnie nie poprosił. Nikt. We foyer przepłakałam pół milongi. Przyszedł mój ówczesny narzeczony i zapytał : ?Co się stało??. Odpowiedziałam, łykając łzy, że ten nie chce, tamten też ignoruje, ów już trzeci rok nie prosi, nie chcą ze mną tańczyć? A on na to czule: ?No właśnie, NIE CHCĄ. Nie mają ochoty, po prostu to zrozum?.

Co ty na takie dictum?

Mój chłopak miał refleks i natychmiast zniknął mi z pola widzenia na dwie godziny (śmiech). Zrobiłabym… chyba ?awantura? to mało powiedziane. Burza, która natychmiast się we mnie rozpętała, wymaga osobnego wywiadu (śmiech). Jednak po kolejnej odsłonie tego dramatu, kiedy ochłonęłam, a on miał szansę wyjaśnić, co miał na myśli ? przestałam płakać z powodów milongowych. Na dobre.
Dotarło do mnie, że rzeczywiście można nie chcieć ze mną tańczyć i to jest OK. I że powody, dla których ktoś Cię nie prosi, często nie mają wiele wspólnego z Tobą. A nawet jeśli mają, to niekoniecznie są to kwestie, które możesz lub chcesz zmienić.
To było bardzo uwalniające odkrycie (śmiech).

Kiedy czytam różne wytyczne pt. ?Jak przesiedzieć całą milongę i nie zatańczyć ani razu?, a w nich znajduję, że żeby tańczyć, masz się uśmiechać, nie siedzieć w grupie kobiet, nie rozmawiać (Maia wybucha śmiechem), to wychodzi, że…

…masz samotnie siedzieć z uśmiechem lali na pojedynczym krzesełku.

Wiem, że jak ktoś chce ze mną zatańczyć, to mnie ?wyczesze? z grupy kilku babek w trakcie jedzenia szarlotki. A jak nie chce, to choćbym nie wiem jak promieniała, ominie mnie szerokim łukiem i tyle.

Tak, moje doświadczenie też na to wskazuje. Próbujesz realizować różne pomysły, uśmiechasz się, uciekasz od koleżanek, ale one często nie działają? (znaczy się pomysły, nie koleżanki:) ) Pokaż mi dziewczynę, która długo nie tańcząc, nie próbowała usiąść poza grupą kobiet, stać się bardziej widoczną?

Beata Maia GellertProszę bardzo: właśnie z nią rozmawiasz. W ogóle mi to do głowy nie przyszło, dopóki nie przeczytałam ? sama już nie wiem gdzie – ?mądrego? poradnika. Po przeczytaniu też nie próbowałam, bo lubię siedzieć z dziewczynami i gawędzić.

Kiedyś to samotne siedzenie i wypatrywanie nazywało się strategią ?na sierotkę?. Funkcjonowało jeszcze kilka lat temu (śmiech). Jak byłyśmy w grupie i zbyt długo jak na nasz gust nie byłyśmy proszone, ta, która miała najbardziej dość, szła sama na drugi koniec sali, i zwykle kolejną tandę już tańczyła.
My w Polsce wywodzimy się z takiej kultury, że chyba do tanga, do nieskrępowanego proszenia się do tańca, musieliśmy trochę dojrzeć. W tamtych latach nie było tak łatwo prosić jak teraz. Podejście do dziewczyn siedzących w grupie było zdecydowanie trudniejsze. Myślę, że wiele wspomnianych przez Ciebie wytycznych to anachronizmy.

Kiedyś tańczyło się tylko w sukienkach. Osobiście na milondze byłam w sukience ze trzy razy, bo do tej pory taki strój rezerwowałam na kolację z mężczyzną. Ale dojrzewam, żeby poszerzyć swoją szafę o garderobę tangowych sukienuś i spódniczuś.

Ja bardzo polubiłam spódnice. Lubię tańczyć także w spodniach, ale taniec w spódnicy daje mi… (zamyślenie, rozmarzenie…?) więcej ? swobody:).

Naprawdę?! Muszę kupić kilka.

Może zacznij od jednej (znów naszym śmiechem zwracamy uwagę otoczenia).

Prowadzenia się uczyłaś czy ?samo przyszło??

Samo przyszło. Siedzenie na milondze ? jeśli nie chcę siedzieć ? jest dla mnie nie do zniesienia. Nie wiem, jak niektóre dziewczyny to w sobie rozwiązują, ja próbowałam i nie umiałam. Zaczęłam prowadzić, żeby nie siedzieć. I dlatego, że byłam ciekawa.
Nuda na milondze pcha człowieka do najróżniejszych rzeczy. Na szczęście to był taki czas, że piętnaście par na Chłodnej pozwalało chodzić pod prąd chwiejnej postaci na obcasach (śmiech).
Ach, ileż się wtedy wybaczało! (brzmię jak własna babcia:) ) Nie było podziału muzyki na tandy, nie było linii tańca ani cabeceo.

Mnie zajęło trzy lata, zanim w miarę nauczyłam się go używać. Myślę, że do tego potrzebna jest ? poza poczuciem pewności – dojrzałość tangowa, a także gotowość, że już nie muszę bezsilnie siedzieć. Na wielkich imprezach i tak czuję się bezradna.

Kultura tangowa może tu być dużą pomocą. Jeżeli cabeceo będzie przestrzegane, jeżeli będzie konsekwentnie stosowane, to dziewczyny nie będą musiały uczyć się go aż trzy lata.
Ze mną było tak: pojechałam do Argentyny i dowiedziałam się, że istnieje cabeceo. A przecież jak facet na mnie patrzy, a jeszcze mi się podoba – co robię? To co każda panna z dobrego domu: spuszczam oczy! (śmiech). Wyobrażasz sobie, jak świetna była to strategia na milongę w Buenos Aires… Rewelacja! Możesz siedzieć do rana i zapuścić korzenie. Na pewno NIC się nie wydarzy. I nauczyłam się bardzo szybko. W chwilę. Robiłam się purpurowa ze wstydu ? ale tańczyłam!… I uznałam (będzie górnolotnie), że cabeceo jest ratunkiem dla tangowej ludzkości. Pokochałam ten wynalazek i nie mogę się nachwalić.
Dzięki cabeceo mamy możliwość zakosztowania prawdziwej równości płci. Zapraszać do tańca może i kobieta i mężczyzna. Pozwala na raz wybierać i być wybranym. Być pewnym, że tańczymy bo chcemy, a nie ?bo nie dało się odmówić?, ?bo tak wyrósł przede mną?, ?bo byłoby jej przykro?. Pozwala ominąć trudy odmawiania i przyjmowania odmowy wprost.
Wiesz, to takie przykre, kiedy człowiek sunie do człowieka przez środek parkietu i… wraca przez środek parkietu. Byłam świadkiem takich sytuacji, rozmawiałam potem z uczestnikami. Chcieliby wiedzieć o cabeceo wcześniej.

Oczywiście pomijam osoby, które tańczą wiele lat i proszą inne osoby, które znają od wielu lat ? takie grupy rządzą się swoimi prawami:).

Myślę, że można łączyć mini-desancik z cabeceo, czyli w odpowiedniej chwili znaleźć się w polu widzenia wybranki lub wybranka, ale nie stać nad głową czy, nie daj Boże, pukać w ramię…

O tak! Wszystko zależy od tego, gdzie względem siebie jesteśmy na sali. Tak naprawdę myślę, że chodzi o to, żeby dać sobie ten komfort wybierania, decydowania: kiedy i czy chcemy ze sobą zatańczyć.

Chłodna to najstarsza i najtłumniejsza warszawska ? ba! polska! – milonga. Jedna z dziewczyn dobrze tańczących powiedziała mi, że przestała tam chodzić, bo nie jest proszona przez partnerów, którzy na innych milongach z nią tańczą. Zapytała wytrawną tanguerę, z czego może to wynikać. I usłyszała, że na Chłodnej nie pasuje do lansu, dlatego siedzi.

(Maia wytrzeszczyła w zdziwieniu swoje niebieskie oczy i z otwartą buzią zastygła na dłuższy czas.) Nie sądzę, aby to zostało powiedziane na poważnie. To z pewnością był żart. Innej możliwości naprawdę nie widzę. Z Chłodną w ogóle jest ten problem, że ma opinię chłodnej ? niezasłużoną moim zdaniem. Osobiście jest dla mnie milongą wyjątkową – to moja milonga mater (śmiech).

Niezależnie od powodów, wszyscy przychodzimy na tango i chcemy być zadowoleni.

Tak! A nasze zadowolenie zakłada pewien poziom komfortu. Pomijam dni, kiedy możemy przenosić góry, tańczyć ze stołową nogą i szaleć do cortin. Czasem nie mamy ochoty na eksperymenty. Lepiej nam w znanych ustawieniach: Kasia / Krzyś do D?Arienzo, Basia/ Piotruś do Di Sarli, Ewa/ Zygmunt do milong itd. (nie, nie wszyscy maja taką listę:) ).
I często, kiedy się znamy, lubimy, tańczymy ze sobą mnóstwo lat ? także siadamy obok siebie. Bo lubimy ze sobą rozmawiać, chcemy spędzić razem czas. I później to się nazywa ?kliki i koterie? (nasz śmiech powoduje uśmiech pani i pana ze stolika obok).

Na zakończenie powiedz, czego szukałaś w Indiach?

(Przejście z Chłodnej do Indii powoduje krótkie zatrzymanie, szeroki uśmiech i wyraźne ożywienie) Tego co zwykle ? nieznanego! Czegoś innego, świeżego? Nie w rytmie tanga. Jako osoba pracująca ?na swoim? nigdy do końca nie wychodzę z pracy. A że moja praca jest jednocześnie moją pasją, to czasu wolnego jest jak na lekarstwo.
Dopiero kiedy wyjeżdżam, mogę pożyć bez tanga, mam miejsce na inne aktywności: konie, surfing, wędrówki. Zabytków zwiedzam mało i rzadko. Chłonę raczej przyrodę, lubię wszelkie działania na powietrzu, spotkania z ludźmi, czytanie.
Po każdym powrocie to ?inne? niezmiennie wplatam w tango ? w tę warstwę z emocjami, chociaż czasem też w tę ruchową.
Wiesz, zawsze czuję, że moje podróże w jakiś sposób karmią to moje tango, które jest sztuką i jako sztuka jest głodne. Nie tworzysz z niczego, wyrażasz coś. Jeżeli tylko konsumujesz, to nie masz z czego czerpać. A taka podróż, im bardziej nie polega na leżeniu pod palmą, tym więcej mi daje. Chociaż czekaj, wróć ? leżenie pod palmą jednak tez dużo daje! (śmiech)

Z ostatnich Indii, poza widokami, zapachami i smakami, przywiozłam też jogę. Zupełnie inną niż ta, którą znałam do tej pory. I właśnie wplatam ją w tango.
Uwielbiam ten stan, kiedy coś odkryję, poczuję, wycisnę jak cytrynę, zachłysnę się, wkomponuję i? udam się na poszukiwanie nowych inspiracji. Różne aktywności wykorzystuję i porzucam. W efekcie wierna jestem tylko tangu. Reszcie nie muszę.

P.S. W procesie autoryzacji usunęłyśmy kawał rozmowy. Zbyt duży. Maia argumentowała, że nie chce ?psychologizować? ani uczyć w wywiadzie. OK., ale do jednej rzeczy muszę wrócić: taniec ze złączonymi głowami. Zrozumiałam, że najważniejsza jest oś i równowaga, miejsce na głowę znajduje się na końcu, nie zawsze w złączeniu. Czasem mamy takie poczucie, że złączenie głów powoduje lepszy kontakt, gdy tak naprawdę daje nam iluzję poczucia równowagi. Więcej praktycznych rzeczy dowiesz się na zajęciach. Cóż, świadomość ciała, technika ? tylko tędy droga do prawdziwej przyjemności, na dodatek dobrze wyglądającej?

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Grzegorz Wdowiak

Web developer - tworzy strony i aplikacje internetowe. Wreszcie - pisarz (wciąż) amator. Maniak komputerowy i muzyczny. Do niedawna współtwórca, webmaster i redaktor portalu Tango Nuestro.

6 myśli na temat “Serce tanga bije na milongach – wywiad z Beatą Maią Gellert

  • 18 lipca 2015 o 14:17
    Permalink

    Moje wrażenia są jeszcze gorące bo wczorajsze i ciągle takie same w odczuciach jak wszystkie powyższe, Nie mam słów by oddać to co myślę o Maji, mogę tylko powiedzieć jedno : druga taka jak ona prędko się nie urodzi, jest klasą samą dla siebie jest dla mnie niezmiennie- zjawiskiem.Bardzo żałuję ,że nie od niej zaczęła się moja droga tangowa , dlatego jeśli mogę radzić osobom , które chcą tańczyć tango z przyjemnością dla partnera i siebie, niech zaczną naukę od Maji , oszczędzą bardzo dużo czasu ( pieniędzy też).

    Odpowiedz
  • 4 listopada 2013 o 22:01
    Permalink

    Maja. Podoba mi się jak tańczysz na milongach. Jest w tym taki spokój:)

    Odpowiedz
  • 4 listopada 2013 o 18:50
    Permalink

    Z Mają spotkałam się na warsztatach w Łodzi , na początku mojego tangowania . Fascynacja jej osobą , jej tańcem i sposobem prowadzenia zajęć pozostała do dzisiaj. Maju, w tym wywiadzie zafascynowała mnie jeszcze twoja wrażliwa dusza i umiejętność radzenia sobie z różnymi przeciwnościami.Do zobaczenia

    Odpowiedz
  • 3 listopada 2013 o 19:58
    Permalink

    Ciekawa historia. Dobre zdjęcia. Stoję przy barach milongowych od siedmiu już chyba lat i odkrywam, że ta mała co tańczy boso nie tylko ma coś w sobie ale jeszcze zmienia moją percepcję tanga. Wszystkie Maje to fajne chlopaki. Pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz
  • 3 listopada 2013 o 14:01
    Permalink

    I prawda, przez wiele lat udziału w różnych warsztatach nie spotkałem takiej nauczycielki jak Beata. Wystarczy jej jedno spojrzenie i już wie, gdzie jest błąd w parze…. objecie, postawa itp.

    Odpowiedz
    • 4 listopada 2013 o 11:06
      Permalink

      Podpisuję się pod powyższym wpisem obiema rękami, nogami i wszystkim co się da. Beata jest wspaniała!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X