Serce tanga bije na milongach – wywiad z Beatą Maią Gellert

Nietangowy facet?

(Maia patrzy zaskoczona) Nie, nie… Byłam w takim związku przez trzy lata i to się daje ułożyć. Pilnowaliśmy równowagi między tangiem a ?nie tangiem?. Pomagały też milongowe stoliki i kanapy. Ówczesny narzeczony spędzał dużo czasu rozmawiając z aktualnie siedzącymi paniami. Dzięki temu poznawał ten świat trochę lepiej, nie tylko z mojego punktu widzenia. Myślę, że dzięki temu go oswoił.

Nie korciło go, żeby zacząć tańczyć?

Korciło i zaczął. Trochę. I poczuł jednak, że wbrew pozorom to nie jest wyłącznie takie super zmysłowe, że w tangu nie myśli się nieprzerwanie o jednym. Chyba, że o tym, żeby nie wmanewrować partnerki w stolik i krzesełka, co na początku jest nie lada wyzwaniem (hihihi? Czasem, jak partner źle oszacuje długość nóg partnerki, stoliki fruwają przy voleo…).

Wiele związków się rozpada i powstają nowe, tangowe.

Kiedyś miałam taką ?teoryję?, że tango albo cementuje, albo bardzo szybko rozbija związki. I wydaje mi się, że nadal to obserwuję, choć już nie jestem aż tak pewna przyczyn, jak byłam na początku swojej tangowej drogi. Wtedy znałam odpowiedzi na znacznie więcej pytań:). Za to dalej żartuję, że jeśli przetrwacie tango, przetrwacie wszystko.

Myślisz, że tańczenie na milongach tylko z jednym partnerem nie ma sensu?

O, to dość skomplikowane! Osobiście uważam, że każdy ma prawo tańczyć z kim chce i jest to tylko jego sprawa. To może być jedna osoba, może być ich wiele. Może być zawsze ta sama, albo za każdym razem inna. To jest wybór tego mężczyzny i tej kobiety, że są dla siebie, na ten nieraz bardzo długi moment, najciekawszymi partnerami na sali.
Samo tango z kolei teoretycznie wymaga zmian partnerów ? nawet konstrukcja milongi zdaje się nas do tego popychać. Jednak jeśli przyjrzymy się dawnym milongom, zauważymy, że zmiana par dotyczyła głównie tych, którzy przyszli bez osoby towarzyszącej. Pary miały wydzielony odrębny sektor stolików, w którego stronę nie zapuszczało się cabeceo. Potem to się oczywiście zmieniło.

Wiele dziewczyn narzeka, że jak przyjdą z kimś, nie są proszone. Ja sama przyprowadzam na tango wielu znajomych. Wtedy, żeby zatańczyć, muszę być aktywna w cabeceo. Niektóre dziewczyny, nawet jak za rękę trzymają swojego chłopaka, chcą tańczyć z innymi. Jak nie chcą, innych nie widzą. Moim zdaniem taniec z różnymi partnerami i partnerkami znacznie wzbogaca nasze tango.

Nie zrozum mnie źle, uważam że absolutnie warto (i aby tańczyć tango, wręcz trzeba) umieć tańczyć z różnymi osobami i gorąco zachęcam, żeby to robić! Jednak ostateczna decyzja o tym, z kim danego dnia spędzimy czas na milondze, należy do nas i nikt poza nami nie powinien określać, co ma dla nas sens, a co nie.

Poza tym każda osoba na milondze wydaje mi się cenna ? nieważne, czy przychodzi tańczyć z żoną, kolegą, siedzieć przy barze, czy co tanda zmienia partnerki. Każda z nich sprawia, że tango żyje, ewoluuje. Że nie zamknęło się w kursach, w skostniałych opisach, ramkach i foremkach. Bo samymi kursami nie da się tej kultury rozwijać. Serce tanga bije na milongach.

Beata Maia GellertTango jest łatwe czy trudne?

(Maia gwałtownie miesza kawę) Chciałabym powiedzieć, że zależy dla kogo, ale to nie będzie uczciwe. Tango jest MEGA trudne na wielu płaszczyznach: ruchu ? bo to i ja, i ty, i my i jeszcze inni na parkiecie, trudne technicznie, czasami bardzo trudne emocjonalnie. To wieczne wyzwanie. Możemy ciągle się rozwijać, ciągle iść dalej: do aktywnego podążania albo do podążania za własnym prowadzeniem; w kierunku dialogu i głębszej interpretacji muzycznej. Każdy kolejny poziom, który osiągasz, stawia kolejne wyzwanie: można lepiej, ciekawiej, pełniej. Także dlatego tango jest takie fascynujące.

Kiedyś powiedziałaś coś takiego, że dziewczyny psuja facetów.

Dziewczyny psują facetów, faceci psują dziewczyny, dziewczyny i faceci sami się psują…
Wydaje mi się, że wtedy miałam na myśli zjawisko chwalenia utalentowanych partnerów na wyrost, za wcześnie, przede wszystkim nie do końca szczerze, w ramach rywalizacji o względy. Chłopak spoczywa na laurach, talentu nie realizuje, bo i po co, a my mamy pokaźną grupę sfrustrowanych pań, narzekających, że panowie się nie uczą?
To wspaniale chwalić, prawić sobie komplementy, uśmiechać się! Tylko może.. z umiarem? I nie rozleniwiajmy się nawzajem.
Bo w tangu, trochę dalej na tej drodze, jest tyle pięknych rzeczy do odkrycia. Rzeczy, których nie ma jak sobie opowiedzieć. Można je tylko poczuć. Więc szkoda zatrzymywać się na niej zbyt wcześnie!

Wiele osób osiągnęło ?jakiś? poziom – czasem wcale nie tak wysoki jak myślą – i uważają, że wystarczy.

Czasem słyszę, ze ?dalej już nic niema?. Zapewniam, że jest! Jeśli się właśnie nie zatrzymamy, nie wejdziemy w rywalizację (chyba, że z samym sobą, to warto), wyjdziemy z tej naszej tangowej strefy komfortu, to jest duża szansa, że będziemy tańczyć tak, jak nam się nigdy nie wydawało, że możemy. I przeżywać w tańcu rzeczy, których nie podejrzewaliśmy o istnienie. Z osobami, z którymi nigdy nam się nie wydawało, że może być tak dobrze.

Nauka tanga przebiega pewnym wspólnym dla wielu osób rytmem. Jest taki moment, kiedy wydaje nam się, że wszyscy tańczą świetnie. Potem to złudzenie pryska. Następnie świetnie się tańczy z wieloma osobami. Potem z kilkoma. A potem nadchodzi dzień, w którym myślisz: z nikim mi się nie będzie dobrze tańczyło… Często słyszę, że to wyjątkowo trudny moment. Jednak będzie, i to naprawdę wspaniale.
Tylko to Ty, proszę Pana, proszę Pani, masz tańczyć lepiej, a nie inni ? bo to Ty jesteś odpowiedzialny/a za swój komfort tańczenia. Oczywiście inaczej to będą realizować mężczyźni, inaczej kobiety, ale dotyczy obu płci.

Ci, co długo tańczą, chyba nie są skorzy do zmian utrwalonych nawyków.

Zdarza mi się na lekcjach słyszeć: ?sześć lat już tańczę i jak to ?nie stoję/ mam zmienić ocho/ nie taki krzyżyk?!? A bazą tanga są właśnie podstawy. Oczywiście, że praca z równowagą u osoby tańczącej dziesięć lat wygląda inaczej niż u tej tańczącej dziesięć miesięcy, ale ? czasami nie aż tak bardzo. To chodzenie, równowaga, chodzenie i jeszcze raz chodzenie i dysocjacja są podstawą tanga ? i warto przygotować się na to, że zostaną z nami na zawsze (śmiech).
Podkreślę: technika jest podstawą, nie treścią i jedyną wartością tanga. Kontakt, conexion, emocje? To wszystko możemy tworzyć i wyrażać tym lepiej, im lepiej jesteśmy osadzeni w swoim własnym ciele i im bardziej ono nas słucha. Trudno głęboko zanurzyć się w taniec, kiedy potykamy się o własne nogi!

Na czym polega tango?

Na abrazo! (śmiech i oko puszczone do Igora Chmielnika) I na połączeniu, które z niego wynika. I na osadzeniu w muzyce. Ani muzykalność, ani conexion nie zrealizują się bez abrazo. Więc po trzykroć: objęcie. Nie policzkiem, nie ramionami, a ciałem. Abrazo tworzy się intencją całego ciała i ten moment jest już tangiem, tańcem. Tango to nasze objęcie, to energia między nami, to ruch w tej energii. To nasza uważność na siebie nawzajem. W tym abrazo – w tej intencji, nie tylko w formie! – jest całe nasze tango.
A technika służy do tego, żeby móc tańczyć, żeby ciało nas słuchało i wyrażało to, co nam w duszy gra.

Czy jest jedyny słuszny sposób, w jaki należy obejmować?

Zewnętrzna forma abrazo może wyglądać bardzo różnie! Jedni lubią równolegle, inni na ?V?, jedni bliżej, drudzy dalej. Wszystko zależy od naszych preferencji i od tego, jak układają się do siebie nasze ciała. I od intencji, bo jak mówiłam, abrazo tworzymy całym ciałem.
To nie zetknięte policzki, nie nos-policzek, nie taniec na misia-przytulańca.
To jak być jednym i osobnym jednocześnie. Budowanie abrazo to cała cudowna sztuka!

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Grzegorz Wdowiak

Web developer - tworzy strony i aplikacje internetowe. Wreszcie - pisarz (wciąż) amator. Maniak komputerowy i muzyczny. Do niedawna współtwórca, webmaster i redaktor portalu Tango Nuestro.

6 myśli na temat “Serce tanga bije na milongach – wywiad z Beatą Maią Gellert

  • 18 lipca 2015 o 14:17
    Permalink

    Moje wrażenia są jeszcze gorące bo wczorajsze i ciągle takie same w odczuciach jak wszystkie powyższe, Nie mam słów by oddać to co myślę o Maji, mogę tylko powiedzieć jedno : druga taka jak ona prędko się nie urodzi, jest klasą samą dla siebie jest dla mnie niezmiennie- zjawiskiem.Bardzo żałuję ,że nie od niej zaczęła się moja droga tangowa , dlatego jeśli mogę radzić osobom , które chcą tańczyć tango z przyjemnością dla partnera i siebie, niech zaczną naukę od Maji , oszczędzą bardzo dużo czasu ( pieniędzy też).

    Odpowiedz
  • 4 listopada 2013 o 22:01
    Permalink

    Maja. Podoba mi się jak tańczysz na milongach. Jest w tym taki spokój:)

    Odpowiedz
  • 4 listopada 2013 o 18:50
    Permalink

    Z Mają spotkałam się na warsztatach w Łodzi , na początku mojego tangowania . Fascynacja jej osobą , jej tańcem i sposobem prowadzenia zajęć pozostała do dzisiaj. Maju, w tym wywiadzie zafascynowała mnie jeszcze twoja wrażliwa dusza i umiejętność radzenia sobie z różnymi przeciwnościami.Do zobaczenia

    Odpowiedz
  • 3 listopada 2013 o 19:58
    Permalink

    Ciekawa historia. Dobre zdjęcia. Stoję przy barach milongowych od siedmiu już chyba lat i odkrywam, że ta mała co tańczy boso nie tylko ma coś w sobie ale jeszcze zmienia moją percepcję tanga. Wszystkie Maje to fajne chlopaki. Pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz
  • 3 listopada 2013 o 14:01
    Permalink

    I prawda, przez wiele lat udziału w różnych warsztatach nie spotkałem takiej nauczycielki jak Beata. Wystarczy jej jedno spojrzenie i już wie, gdzie jest błąd w parze…. objecie, postawa itp.

    Odpowiedz
    • 4 listopada 2013 o 11:06
      Permalink

      Podpisuję się pod powyższym wpisem obiema rękami, nogami i wszystkim co się da. Beata jest wspaniała!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X