Serce tanga bije na milongach – wywiad z Beatą Maią Gellert

Wróciłaś do Warszawy i…

…poszłam na milongę. Na drugiej milondze podeszła do mnie para z pytaniem, czy nie chciałabym ich uczyć. No nie! – pomyślałam. Ale? w zasadzie czemu?
Nie sądziłam, że zostanę z tym uczeniem na dłużej niż dwa miesiące, lecz kiedy już minęły? nie sposób było przestać. Znalazłam to, co chciałam robić – i jednak było to tango. Byłam przerażona!
Poszłam ze sobą na kompromis: wchodzę w to, ale uczę sama (w ten sposób problem ewentualnego porzucenia przez partnera i, w efekcie, głodu, odsunął się na bezpieczną odległość), tylko na lekcjach prywatnych.

Postawiłaś na lekcje indywidualne, ale przecież uczysz grupowo.

Tak, chociaż nadal najwięcej uczę jednak indywidualnie, pojedyncze osoby i pary.
Lekcje grupowe (mam na myśli moje własne grupy, bo wcześniej, po powrocie z Buenos, pracowałam przez trzy miesiące z Jakubem Korczewskim w Złotej Milondze) ruszyły, kiedy miałam już wielu uczniów i pojawiło się zapotrzebowanie na rozszerzenie formy zajęć.
Pierwszą grupą była wtorkowa technika około 19.00. Zajęcia odbywają się do dziś (nadal we wtorki, 19.30), choć jej skład zmieniał się przez te lata wielokrotnie.

Sama do niej chodziłam. Ale jak wyniosłaś się w drugi kraniec Warszawy, dojazd mnie przerósł.

Szkoda!

Technika to nie jest kizi-mizi i masaż relaksacyjny, tylko ciężka orka, ale moim zdaniem niezbędna. Każdy, kto myśli o tym, by tańczyć, warto, żeby do Ciebie trafił. Najpierw się umorduje, ale potem w tangu będzie mu przyjemniej.

Bardzo, bardzo się cieszę, że to mówisz! A wiesz, że trudniej niż na tę technikę, na której nie ma kizi-mizi (śmiech), jest zebrać grupę na tangowe soft skills? Na zajęcia z jakości ruchu, muzykalności, emocjonalności w tangu… To bardzo, ale to bardzo przyjemne i jeszcze bardziej potrzebne zajęcia, a chyba brakuje świadomości, że można i trzeba też nad tym pracować. Bo wiesz: to, jak tańczy nasz ?wewnętrzny tancerz?, nie zawsze przekłada się na to, co jest na zewnątrz.

A czy to nie jest tak, że muzykalność ma się w sobie lub nie? Można mieć poczucie rytmu, ale jak się nie ma muzykalności, to tego elementu brakuje, by było przyjemnie.

A skąd i ależ oczywiście!
A skąd ? muzykalności można się nauczyć!
Owszem, spotkałam w swojej karierze osoby głuche jak pień: dwie. W tangu granym na tubę jedna słyszała tylko skrzypce, druga w ogóle nie identyfikowała ani rytmu, ani melodii. Wszyscy inni prezentowali przynajmniej minimalny poziom muzykalności i po prostu nie wiedzieli, jak to przełożyć na taniec. Inna sprawa, że nie wszystkim chciało się nad tym pracować. Ale każdy może! I trzeba. I warto poszerzać granice swojej wrażliwości na muzykę. To tak wiele zmienia. Zwłaszcza kiedy nauczy się tego i mężczyzna, i kobieta. Mamy wtedy taki piękny dialog! I prowadzenia tego dialogu też warto się uczyć, bo on wcale nie jest oczywisty. I uwaga: poczucie rytmu to nie muzykalność. Tak jak powiedziałaś – kiedy jej nie ma, to tego elementu brakuje.

Chyba trochę lekceważymy wartość muzykalności.

Ogromnie! A to jest tak bardzo, bardzo ważne! Nie doceniamy tego, że muzyka jest de facto jedyną (poza podłogą) wspólną płaszczyzną, na której możemy się w tangu porozumieć; że to taka nasza wspólna przestrzeń. Ważniejsza niż ta fizyczna. Mamy narzędzie, które nas synchronizuje, wokół którego możemy budować to nasze spotkanie. Dzięki muzyce, temu jak na nią reagujemy, do czego reagujemy, możemy poczuć, ?co nam w duszy gra?, lepiej włączyć się w swój nastrój, lepiej się zgrać.
To wspólna interpretacja sprawia, że obydwoje mamy to poczucie: WOW! Tańczymy! Nawet kiedy chodzimy tylko proste kroki.
Muzyka to też ten wspólny mianownik, dzięki któremu taniec osób gorzej dopasowanych, na różnych poziomach, o skrajnie innych temperamentach, potrafi stać się super przyjemny.
Zachęcam, z całego serca zachęcam, żeby wyjść poza rytm, poza to, że ?muzyka niesie? i trzeba za nią ?gonić?. Warto zacząć ją interpretować, choćby najprostszymi krokami.
Jednocześnie interpretacja muzyki ruchem, a ?uchem?, to dla mnie dwie różne sprawy. Jest wśród nas sporo osób, które nie czują, nie lubią tanga jako muzyki, nie porusza ich.

To ja. Nigdy nie słucham tangowej muzyki, za to uwielbiam do niej tańczyć.

Ja również. Barok, fado, folki… Lubię różne brzmienia, różne kultury, ale tango? Nie. Chyba że do tańca… (Maia przewraca oczami, a mnie cierpnie skóra, bo dokładnie tak samo czuję)… to jest MAJSTERSZTYK! (śmiech).

Beata Maia GellertSą też tanga, których się nie tańczy. Mówi się, że one są do słuchania.

Nie tańczymy do śpiewanych tang Carlosa Gardela i do Astora Piazzoli, tak bardzo upraszczając. Z rozmów z tancerzami (i własnego przekonania) wychodzi mi, że po prostu nie tańczymy do muzyki, której – przy pomocy czterech nóg i jednego objęcia ? nie jesteśmy w stanie oddać. Starsi tancerze mówią, że to z szacunku dla kompozycji.
Zresztą łatwiej jest tańczyć do tang ze stałym rytmem, wyraźną melodią, wokalem, przy którym się nie dusimy. Muzyka do tańca jest czymś nieco innym niż muzyka do słuchania.
Ja na przykład bardzo lubię tańcząc oddychać muzyką. Wtedy momenty zwolnienia i przyspieszenia przychodzą same ? nie gonisz muzyki, tylko ona Tobą tańczy. Nie wiem, czy robiłaś taki eksperyment, żeby zamknąć oczy, puścić sobie tango i zacząć do niego, z nim, oddychać.

Nie robiłam…

Spróbuj! Tylko nie oddychaj do rytmu! Szukaj fraz, melodii, emocji? Jak już załapiesz i poczujesz, że Twoje ciało faluje w rytm tego tanga, nie będziesz w stanie pójść nie do muzyki. Jak zrobisz głęboki wdech, to z pewnością nie zrobisz dwóch gancho i trzech podskoków, ponieważ to rodzi raczej zawieszenie. Kiedy jesteś na końcówce wydechu, to ciągnie Cię do przodu, nawet na mały krok, na kropkę. Są pewne ruchy, które z oddechu wypływają. Nie wiem, czy umiem to dokładnie opisać. Umiem pokazać. Myślę, że trzeba poszukać tego w sobie, poczuć.

Dlatego tak ważna jest synchronizacja oddechów u partnerów.

To jest osobna, fantastyczna rzecz. Znacznie głębsza i ważniejsza niż mogłoby się wydawać!
W tym pierwszym momencie tańca, kiedy tworzymy objęcie, nasze ciała synchronizują się również na poziomie napięcia. Często zupełnie bez naszej woli, a zazwyczaj i wiedzy.
Dlatego tak wiele zależy od tego, jak zaczniemy taniec, jak do siebie podejdziemy. Czy damy sobie czas i uważność, czy wpuścimy między nas muzykę. Czy zrobimy dla siebie nawzajem miejsce w tym tańcu, czy spróbujemy się wyczuć i objąć zanim zrobimy pierwsze kroki.

Jeśli mężczyzna gna, to nie masz czasu i możliwości, żeby zaprosić go do kontaktu, bo on cię poprosił, złapał i popędził.

No tak! Chociaż tu z pomocą przychodzi niezawodna technika. Można tak się rozluźnić i tak odpowiadać na prowadzenie, żeby jednak nieco ten bieg spowolnić, poszukać kontaktu i trochę mężczyznę pozapraszać. Oczywiście gwarancji sukcesu nie ma (śmiech).

A tak, zdarzyło mi się zwalniać tempo partnera.

Ważne tylko, żeby zrobić to umiejętnie, nie z fochem, nie z irytacją, nie z góry? Panowie, partnerkę też stopujemy delikatnie, acz stanowczo:).

Wiele rzeczy wyniesionych z techniki u Ciebie procentuje po czasie. Ja dopiero teraz jestem w stanie zastosować pewne rzeczy, których uczyłaś mnie trzy lata temu. Ale od zawsze staram się sama nie tańczyć i niektórych panów trochę to deprymuje, jak mówię: zatańczymy tak jak mnie poprowadzisz (Maia wybucha radosnym śmiechem). Jak nie wiem, o co chodzi, to się zatrzymuję.

Zawsze, kiedy słyszę, że ta technika procentuje, ogromnie się cieszę!
A co do spowalniania siebie nawzajem czy szukania kontaktu ? to naprawdę ważne: z wyczuciem! Nie zatrzymujmy się z miną rozsierdzonego mopsa (teraz ja wybucham radosnym śmiechem). I, na Boga, nie pouczajmy się na milongach!

Jedna z tanguer usłyszała, że gdyby miała sukienkę z rozporkiem, to lepiej by tańczyła, bo jej ruchy byłyby bardziej sexi. Ja kiedyś usłyszałam, że do tanga nie bardzo się nadaję, bo mam za duży biust.

(Maia oniemiała na 31 sek. ? sprawdziłam na nagraniu.) Są panowie, z którymi nie tańczę niezależnie od ich umiejętności (rozwinięcie tej kwestii pozostanie naszą tajemnicą).

Zostawmy niesfornych panów, wróćmy do Ciebie: gdzie uczyłaś się bycia nauczycielką?

Nigdzie. Tak jak za bardzo nie uczyłam się tanga. Uczę po prostu od zawsze. W zasadzie wszystkiego, czym się zajmowałam, uczyłam.
Za to, kiedy już uczyłam tanga, odkryłam, że jest ono o wiele bogatsze niż kiedykolwiek przypuszczałam!
Najpierw fascynowało mnie jako ruch: tak bardzo wspólne a jednocześnie tak osobne. To była dla mnie najpiękniejsza metafora życia, relacji. Chciałam więc poznać je od strony techniki: co robić, żeby działało, było płynne, żeby był kontakt.
Szybko zauważyłam podobieństwa w tym, jak ludzie się ze sobą ruszają i jak do siebie mówią. Rozwinęłam alternatywną gałąź: zaczęłam prowadzić warsztaty z komunikacji dla par.
Potem okazało się, że tango zyskuje, kiedy ciało ma więcej wolności. Wplatałam więc ruch autentyczny, kontakt-improwizację, pracę z emocjami ? a tango chłonęło, wzbogacało się, wszystko się przenikało i przydawało.

Swojego tanga szukałam (i nadal szukam) nie przez styl, a przez ciało, dotyk, przez poruszenia. Od początku. Fascynuje mnie ta ?pestka? tanga ? to, co sprawia, że możemy tańczyć ze sobą ponad podziałami.
Sam wybór stylu, formy, jest dla mnie kolejnym krokiem – pewnego rodzaju estetyczną decyzją. Może wynikać z muzyki, która osadzona w konkretnej epoce domaga się odpowiedniego dla niej zaaranżowania ciała. Jest trochę jak sukienka czy garnitur. Coś, co możesz zdjąć, zmienić, dopasować do muzycznych okoliczności. Jest narzędziem ekspresji.

Staram się uczyć ?od ciała?. Pokazać, że nie ma jednej słusznej drogi. Każdy ruch jest narzędziem, i warto umieć go używać – żeby nie starać się wkręcać śrubek młotkiem (śmiech). To, którego narzędzia użyjemy zależy od tego, jaki efekt chcemy uzyskać ? dynamicznie, wizualnie, w odczuciach… A efektów i możliwości jest nieskończenie wiele!

To mnie autentycznie fascynuje i nie wyobrażam sobie, co musiałoby się stać, żebym przestała.

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Grzegorz Wdowiak

Web developer - tworzy strony i aplikacje internetowe. Wreszcie - pisarz (wciąż) amator. Maniak komputerowy i muzyczny. Do niedawna współtwórca, webmaster i redaktor portalu Tango Nuestro.

6 myśli na temat “Serce tanga bije na milongach – wywiad z Beatą Maią Gellert

  • 18 lipca 2015 o 14:17
    Permalink

    Moje wrażenia są jeszcze gorące bo wczorajsze i ciągle takie same w odczuciach jak wszystkie powyższe, Nie mam słów by oddać to co myślę o Maji, mogę tylko powiedzieć jedno : druga taka jak ona prędko się nie urodzi, jest klasą samą dla siebie jest dla mnie niezmiennie- zjawiskiem.Bardzo żałuję ,że nie od niej zaczęła się moja droga tangowa , dlatego jeśli mogę radzić osobom , które chcą tańczyć tango z przyjemnością dla partnera i siebie, niech zaczną naukę od Maji , oszczędzą bardzo dużo czasu ( pieniędzy też).

    Odpowiedz
  • 4 listopada 2013 o 22:01
    Permalink

    Maja. Podoba mi się jak tańczysz na milongach. Jest w tym taki spokój:)

    Odpowiedz
  • 4 listopada 2013 o 18:50
    Permalink

    Z Mają spotkałam się na warsztatach w Łodzi , na początku mojego tangowania . Fascynacja jej osobą , jej tańcem i sposobem prowadzenia zajęć pozostała do dzisiaj. Maju, w tym wywiadzie zafascynowała mnie jeszcze twoja wrażliwa dusza i umiejętność radzenia sobie z różnymi przeciwnościami.Do zobaczenia

    Odpowiedz
  • 3 listopada 2013 o 19:58
    Permalink

    Ciekawa historia. Dobre zdjęcia. Stoję przy barach milongowych od siedmiu już chyba lat i odkrywam, że ta mała co tańczy boso nie tylko ma coś w sobie ale jeszcze zmienia moją percepcję tanga. Wszystkie Maje to fajne chlopaki. Pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz
  • 3 listopada 2013 o 14:01
    Permalink

    I prawda, przez wiele lat udziału w różnych warsztatach nie spotkałem takiej nauczycielki jak Beata. Wystarczy jej jedno spojrzenie i już wie, gdzie jest błąd w parze…. objecie, postawa itp.

    Odpowiedz
    • 4 listopada 2013 o 11:06
      Permalink

      Podpisuję się pod powyższym wpisem obiema rękami, nogami i wszystkim co się da. Beata jest wspaniała!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X