Serce tanga bije na milongach – wywiad z Beatą Maią Gellert

Beata Maia Gellert
Najbardziej tajemnicza, inna, z niezwykłymi metodami… Beata Maia Gellert. U niej nie znajdziesz sztampowych kursów z metodą: teraz robimy taką figurę. Tango nią zawładnęło, a ona nie pozostaje mu dłużna: włada nim absolutnie. Żywa iskra. Ba! Cały pożar! Obecnie najlepsza aktorka wśród tańczących zawodowo: potrafi tangiem zagrać ognistą namiętność, piekielną kłótnię, matczyną miłość i wiosenne porządki. Fantastycznie prowadzi zajęcia z techniki ? dla kobiet, mężczyzn i par. Im wcześniejszy etap nauki, tym szybciej warto trafić do Mai. Jej historia jest niepowtarzalna i nie do powtórzenia.

[Anna Kossak] Zaczniemy bez żadnych niespodzianek: skąd tango?

[Beata Maia Gellert] Z potrzeby zmiany. Kiedy zaczynałam tańczyć czułam się… (długa chwila głębokiego zastanowienia) trochę jak facet. Wspinałam się, nurkowałam, prowadziłam szkołę sportów ekstremalnych, byłam członkiem grupy poszukiwawczo-ratowniczej. Robiłam też tłumaczenia i pracowałam jako dziennikarz, ale wszystko, co sprawiało, że świat się kręcił, było mocne, aktywne. Jak nurkowanie – to wraki i nurkowanie techniczne, jak ratownictwo ? to w trudno dostępnym terenie.
Aż poczułam, że czegoś mi brak. Zorientowałam się też, że jak trzeba biec i skoczyć przez płot, to chłopaki przenoszą inne dziewczyny, a ze mną się ścigają. Czyżby czas stać się… kobiecą? – myślałam (śmiech). Nie wiedziałam nawet, od czego zacząć! Całe życie tylko dżinsy, traperki, adrenalina i moc. Jednak przypomniałam sobie, że kiedyś lubiłam tańczyć (we wczesnych latach podstawówki, o zgrozo!) i? spodobał mi się pomysł, żeby od tego właśnie zacząć. I zaczęłam: na ?nie?. Salsa? Nie!

Bo?

Dym, alkohol, głośna muza i impreza, a ja nigdy nie byłam imprezowa. Nie dawało się rozmawiać, wychodziłam ze zdartym gardłem. I, mimo dwudziestu jeden lat, czułam się wtedy na salsę za stara (śmiech) ? teraz to co innego!

Flamenco?

Nie, bo? tam znów byłabym tylko ja i taniec, a ja tak całe życie: woda i ja, góra i ja, las i ja, droga i ja? Chciałam tańczyć z ludźmi, ale nie w kółeczku, tylko w parze.
Do tego we flamenco trzeba dużo tupać, a już wtedy miałam zniszczone kolana.
Taniec towarzyski absolutnie nie, bo stał w poprzek moim ówczesnym gustom. Wydawał mi się bardziej… plasticzany (o! zawsze szukałam odpowiedniego określenia na te sztuczne, powyginane do tyłu sylwetki!).
Nagle, nie wiem zupełnie skąd, przyszła mi taka myśl, że… tango. Nawet nie wiedziałam, że znam takie słowo! Ciekawe, czy mają je w Warszawie? Google… Znalazłam! To było dwanaście-trzynaście lat temu.
Poszłam, a moje wyobrażenie tanga dokładnie pokryło się z rzeczywistością.

To znaczy?

Było anonimowo i zarazem swojsko. Było nas mniej i mniej o sobie wiedzieliśmy. Głównie jak tańczymy i jak mamy na imię. Byliśmy skupieni na tańcu. Urzekło mnie to. I atmosfera. Otwarta, ale i tajemnicza, zatopiona w tej zupełnie innej muzyce. Na tyle cichej, że mogłam rozmawiać i na tyle głośniej, że tańcząc mogłam się w niej schować.

Tak wsiąkłaś, że zostałaś jedną z lepszych nauczycielek. Tak mówią na mieście.

Wsiąkłam.

Opowiedz o tym procesie, bo przecież to się nie stało z dnia na dzień.

Przypadek albo przeznaczenie, bo od początku wszystko było nie tak.
Przez pierwsze dwa lata byłam na dwóch lekcjach tanga. Lekcje to nie była moja bajka. Nie chciałam się uczyć tańczyć, chciałam tańczyć! (śmiech). Przeżywać, zapominać o całym świecie, wirować, koniecznie! Nie miałam cierpliwości do nauki. Zaczynałam więc jako odwrotność tego, o czym teraz mówię, czego uczę i co zresztą okazało się potem być tak bardzo ważne, niezbędne.
Partner to też nie była moja bajka. Jak już wspominałam: ja i droga, ja i góra, chłopaki same kozaki? Więc skąd partner do? tanga?! Zadzwoniłam do wszystkich, których numery miałam w telefonie. Jak ja się strasznie wstydziłam! Żaden nie chciał tańczyć.
W końcu przyczaiłam się przy drzwiach, kiedy zajęcia kończyła grupa zaawansowana. Chciałam kogoś zaczepić, nie wiedziałam jak, wstyd zjadał mnie żywcem – nieśmiała byłam. Ale że determinacja czyni cuda? Wyszłam na środek i wypaliłam: ?Panowie, chłopa mi trzeba! Zlitujcie się któryś!? (śmiech). I tak się stało. Mogłam więc pójść na te moje dwie lekcje. Po nich zaczęło się bliskie objęcie, a że mój partner z łapanki miał około dwóch metrów wzrostu (ja metr pięćdziesiąt trzy)? Zrezygnowaliśmy, ale bakcyl został.

Beata Maia GellertTwoja pierwsza milonga?

Chłodna! I znów pod górkę. Weszłam. Siadłam. Nikogo nie znałam. Jedno tango, drugie, siedzę, nikt nie prosi… I wróciła trauma z dzieciństwa. Kolonijne dyskoteki przesuwały mi się przed oczami jak w kalejdoskopie. Wszyscy tańczą tańce-przytulańce, a ja w kącie, na parapecie, przy stoliku, pod ścianą…. Nie, nie, nie!
Popatrzyłam: podoba mi się, jak tańczy ten, ten i ten. Poczekałam, aż pierwszy zejdzie z parkietu. Wzięłam głęboki oddech, podeszłam i stanęłam przed nim (zasłoniłam biedakowi cały świat), zrobiłam słodkie, błagające oczy i zapytałam, czy nie zechciałby ze mną zatańczyć. Uff, zatańczył! Chyba dzięki temu w ogóle zostałam w tangu.
Potem ten manewr powtarzałam jeszcze wielokrotnie.
Po pewnym czasie, kiedy tak wyrastałam przed jednym czy drugim (już mnie rozpoznawali), mina im nieco rzedła (śmiech), ale byli bardzo dzielni. Tańczyli jedno lub dwa tanga i dziękowali. Ja musiałam chwilę ochłonąć (w ogóle nie wiedziałam, co robię, ale było cudownie!), po czym ? szłam złapać kolejna ofiarę (tak się zaśmiewamy, że zwracamy uwagę wszystkich użytkowników kawiarnianego ogródka). I tak całą milongę. Raz taki jeden na mój widok uciekł do toalety…

Wyobrażam sobie tych nieszczęśników:)

Wiesz, we mnie na początku w ogóle nie było miejsca na taki kompromis, że poczekam, zobaczę, posiedzę, dam się poznać?. Nie wytrzymałabym tego siedzenia, po prostu przestałabym tańczyć. Niektóre koleżanki pytały nawet, czy mi nie wstyd. Pytałam: jaki wstyd? Przecież chodzi o taniec, mogą odmówić, nie terroryzuję ich przecież? (hihi, no tak, to było jedynie skuteczne wywieranie wpływu…). Na swoją obronę dodam: nie znaliśmy wtedy mojego ukochanego, zbawczego cabeceo. Obowiązywał jedynie kulturalny (lub nie bardzo) desant. Cabeceo przyszło do Polski kilka lat później.

Tango stało się z Tobą nierozłączne?

A skąd! Po trzech miesiącach zachwyt mi minął. Ciągle to samo: ci sami ludzie, te same miejsca, ta sama muzyka – często dwie płyty grane w kółko przez całą milongę – i te same kroki (całe środowisko znało ich łącznie bardzo niewiele). Do tego ileż można było napastować biednych partnerów! Tak więc rzuciłam tango.
I wróciłam. I tak kilka razy.
Aż pojawił się pokaz mody tangowej Mi Amor i D?Cote ? zespół z Argentyny, który grał tango na cztery saksofony. Nie lubię jazzu, nie przepadam za saksofonami, do pokazu mody nadawałam się jak pięść do nosa (ja ? publiczność, krótka sukienka?! Ja – góra, plecak, trampki:) ), ale ich występ był taki żywy, świeży, wesoły. Nic z ?cięcia żył?. Oni ? cała czwórka – też tacy byli.

To spotkanie zmieniło Twoje życie?

Tak! Z jakiegoś powodu uwierzyłam, że Argentyna to kraj takich ludzi, takiej atmosfery.
I postanowiłam wyjechać. Głownie żeby zastanowić się, czy chcę być nurkiem, tłumaczem, dziennikarzem czy wspinaczem ? kiełkowała mi już w głowie myśl, że wszystkim na raz dłużej nie dam rady.
Kupiłam bilet na pół roku. W głowie miałam Andy… Kordyliery… Patagonię… Może jakieś wybrzeża… Odwiedzę tę saksofonistkę… I zobaczę, jak wygląda Buenos Aires, tak przejazdem. Nie znałam hiszpańskiego, nie miałam zarezerwowanego żadnego miejsca. Wsiadłam w samolot i poleciałam jak na wycieczkę do Krakowa. Wylądowałam w Buenos i przez pół roku z niego nie wyjechałam.

Dlaczego?

Pierwszej nocy nie mogłam spać przez jet lag. I poszłam na milongę!
I nagle tanga? zabrzmiały! Muzyka okazała się piękna, a taniec zyskał zupełnie nowy sens. I tak tango przykleiło się do mnie na dobre, choć poprzysięgłam sobie, że nigdy zawodowo się z nim nie zwiążę (!).

A co Cię tak odstręczyło?

Pozycja kobiety w tangu była straszna. To był zmaskulinizowany świat, gdzie ważny był tancerz, a tancerka… miała mieć długie nogi, ładny makijaż i piękne nagie plecy. W powszechnym (na szczęście odchodzącym w niebyt) mniemaniu kobieta w tangu miała pachnieć i… być wdzięczna. Za to, że jest proszona, że on chce z nią tańczyć?

No proszę Cię!

No właśnie. Nie twierdzę, że to była jedyna prawda. Na tyle jednak często spotykana, że nie dawało się jej ignorować. I praca. Zlecenia dostawał facet, kontrakty podpisywał facet, tańczył ? facet.
W tamtym czasie tango dopiero zyskiwało popularność, Argentyna wychodziła z kryzysu, dla chłopaków (i najlepszych zawodowych par) otwierały się możliwości wyjazdu do Europy.
Wielu tancerzy bez ostrzeżenia porzucało swoje wieloletnie argentyńskie parterki dla nowych, tymczasowych partnerek z Europy lub USA. Dziewczyny były zrozpaczone. Z dnia na dzień wiele traciły. Najgorsze było to, że razem z partnerami odchodziły wszelkie perspektywy pracy i płacy. Musiały czekać, czasami bardzo długo, aż ktoś je wybierze. Postanowiłam, że nigdy w życiu nie pozwolę sobie znaleźć się w takiej sytuacji.

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Grzegorz Wdowiak

Web developer - tworzy strony i aplikacje internetowe. Wreszcie - pisarz (wciąż) amator. Maniak komputerowy i muzyczny. Do niedawna współtwórca, webmaster i redaktor portalu Tango Nuestro.

6 myśli na temat “Serce tanga bije na milongach – wywiad z Beatą Maią Gellert

  • 18 lipca 2015 o 14:17
    Permalink

    Moje wrażenia są jeszcze gorące bo wczorajsze i ciągle takie same w odczuciach jak wszystkie powyższe, Nie mam słów by oddać to co myślę o Maji, mogę tylko powiedzieć jedno : druga taka jak ona prędko się nie urodzi, jest klasą samą dla siebie jest dla mnie niezmiennie- zjawiskiem.Bardzo żałuję ,że nie od niej zaczęła się moja droga tangowa , dlatego jeśli mogę radzić osobom , które chcą tańczyć tango z przyjemnością dla partnera i siebie, niech zaczną naukę od Maji , oszczędzą bardzo dużo czasu ( pieniędzy też).

    Odpowiedz
  • 4 listopada 2013 o 22:01
    Permalink

    Maja. Podoba mi się jak tańczysz na milongach. Jest w tym taki spokój:)

    Odpowiedz
  • 4 listopada 2013 o 18:50
    Permalink

    Z Mają spotkałam się na warsztatach w Łodzi , na początku mojego tangowania . Fascynacja jej osobą , jej tańcem i sposobem prowadzenia zajęć pozostała do dzisiaj. Maju, w tym wywiadzie zafascynowała mnie jeszcze twoja wrażliwa dusza i umiejętność radzenia sobie z różnymi przeciwnościami.Do zobaczenia

    Odpowiedz
  • 3 listopada 2013 o 19:58
    Permalink

    Ciekawa historia. Dobre zdjęcia. Stoję przy barach milongowych od siedmiu już chyba lat i odkrywam, że ta mała co tańczy boso nie tylko ma coś w sobie ale jeszcze zmienia moją percepcję tanga. Wszystkie Maje to fajne chlopaki. Pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz
  • 3 listopada 2013 o 14:01
    Permalink

    I prawda, przez wiele lat udziału w różnych warsztatach nie spotkałem takiej nauczycielki jak Beata. Wystarczy jej jedno spojrzenie i już wie, gdzie jest błąd w parze…. objecie, postawa itp.

    Odpowiedz
    • 4 listopada 2013 o 11:06
      Permalink

      Podpisuję się pod powyższym wpisem obiema rękami, nogami i wszystkim co się da. Beata jest wspaniała!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X