Tango to opowieść o nas – rozmowa z Pauliną Policzkiewicz-Woźniak

Gdzie najbardziej lubisz tańczyć?

(Po dłuższej chwili) Cudownie mi się tańczyło w Holandii, w Nijmegen. Wyjątkowe miejsce. Odbywają się tam bardzo znane maratony i spotkania tangowe, przyjeżdżają ludzie z całego świata, z dużą otwartością, nie czuje się selekcji. Tam mi się tańczyło wyjątkowo miło, może dlatego, że byłam wtedy na początku mojej tangowej drogi i czułam, że wszyscy się mną opiekują (śmiech), w tańcu też. Podobnie było w Niemczech, ale w Hamburgu, i we Włoszech. Bardzo lubię Włochów jako partnerów, bo są otwarci i weseli, mają w sobie dużo radości, a to powoduje, że tango nabiera innych cech.

Paulina Policzkiewicz-WoźniakMiałaś tangowe olśnienia?

Odczuwałam to na różnym etapie tańca ? a na początku był on intuicyjny, bo uczyć się zaczęłam dopiero później. Pierwszy raz był wtedy, kiedy zobaczyłam tę tańczącą o świcie parę. Wieczorem przyszłam na bulwar gotowa tańczyć tango. Pewnie wkroczyłam z nastawieniem: proszę bardzo, oto jestem! Taneczność miałam w sobie od przedszkola, więc nie miałam obaw. I rzeczywiście zatańczyłam i miałam niesamowite doznanie! W trakcie tańca wołałam zachwycona: c?est la vie! c?est la vie! Tak w ogóle to uczyć się zaczęłam długo po tym, jak zaczęłam tańczyć (śmiech). Na dalszym etapie też przeżyłam kilka uniesień. Zdarzyło się, że zanim rozpoczęłam z partnerem taniec, bardzo długo staliśmy i było nam w tym staniu tak dobrze! (śmiech) Miałam takie poczucie, że nie musimy tańczyć, tylko możemy tak zostać zanurzeni w muzyce… Więcej nie wymienię ze względu na to, że jestem mężatką (śmiech).

Teraz zapytam Cię o pewną rzecz… z dużą nieśmiałością… ale muszę to zrobić, bo nie wiem: mam się cieszyć czy mieć kompleksy. Nie umiem mocno tangowo wypiąć pupy! Pociesza mnie to, że Ty również nie masz jej tak wypiętej, w niektórych przypadkach wręcz karykaturalnie. I co ciekawe, od kilku panów słyszałam, że wygląda to fatalnie. A więc: tak się powinno tańczyć czy nie?

(Delikatny uśmiech) Ojej… Nie wiem, co się stanie za kilka lat z kręgosłupami tych dziewczyn. Potem na zajęciach z techniki Alexandra pracuje się nad tym, żeby znowu wrócić do pionu.

To po co one to robią? Daje im to równowagę? Lepszy kontakt z… nie wiem czym?

To jest taki styl, podparty oczywiście pewną techniką, ale chyba nie chciałabym się wypowiadać na ten temat, bo nie chcę podważać ani negować czyjegoś sposobu uczenia i stylu tańczenia.

Ale to jest ważny temat! Jeżeli dziewczyny wpadają niepotrzebnie w depresję z powodu nie zgłębienia tajników argentyńskiego wypinania pupy, a okazuje się, że nie ma takiej potrzeby, bo to tylko taki styl, to mówmy o tym!

To już powiedziałyśmy (śmiech).

Czy tango w tobie ewoluowało? Teraz jest inne, niż było dawniej? Czy Ty jesteś w nim inna?

Emocjonalnie tak. Na początku było autentyczne zachłyśnięcie się. Nigdy na szczęście nie miałam kryzysu, nie doznałam czegoś takiego, że muszę się od tanga odwrócić, odpocząć, odejść. Był taki moment, który pamiętam, kiedy wracałam z zajęć i wjechałam w Aleje Ujazdowskie. Akurat był poniedziałek, ale tym razem jakoś nie planowałam milongi, nie było we mnie czegoś takiego, że chcę, muszę… Do momentu, kiedy przejechałam koło kawiarni U Aktorów i… autentycznie zatrzymałam się z piskiem opon, bo pomyślałam: jak to?! Tam są ludzie! Tańczą! Ale nie fakt tańca był w tym momencie najważniejszy, tylko właśnie ich obecność. Zawróciłam, weszłam na milongę i to było zupełnie inne doznanie, niż miałam do tej pory. Chciałam po prostu być z ludźmi w tańcu. Później miałam etap bardzo pozytywnego tańczenia i myślenia non stop o milondze. Chciałam, żeby dzień się już skończył, bo wszystko zmierzało do wieczora.

Teraz jest tak, że czuję spokój. Wcześniej przychodziłam i chciałam za wszelką cenę tańczyć. Każda nie przetańczona chwila była chwilą straconą, mimo że już miałam taką refleksję, że przecież nie jestem na milondze tylko dla tańca. To też jest okazja towarzyska. Coraz częściej przychodzę, żeby posłuchać muzyki. Jeśli nie czuję się na taniec gotowa, to siadam w oddali jako osoba nietańcząca. Fajne jest to, że niby słucha się tej samej muzyki, ale za każdym razem ona jest usłyszana od nowa. Pewne etapy rozciągają na lata, ale są też takie, które dzieją się podczas jednej milongi. Teraz, podczas mojego spokoju (śmiech), może nie aż tak, ale przeżywałam wszystkie nastroje i doznawałam różnych emocji w ciągu jednego wieczoru. Czy mi się to podobało, czy nie, kolejne fale cały czas nadchodziły.

Coś Cię rozbijało? Coś irytowało?

(Paulinie zmienia się twarz, ciemnieją oczy) Najgorsze były oczekiwania… powodowane moją gotowością… że idę i bardzo chcę zatańczyć, i w ogóle jestem w świetnym nastroju do tańca. Nic tylko mogłabym tańczyć całą milongę! A tu poszczególne godziny pokazywały mi, że… ta moja gotowość się nie realizuje. To było smutne i powodowało we mnie taką martwotę, że czasami nie byłam w stanie się ruszyć.

Nieraz tak jest, że po prostu nie ma z kim zatańczyć. Niby parkiet pełen, ludzi wokół dużo, ale nie ma nikogo, z kim chciałoby się popłynąć…

Ale to co innego. Wtedy nie mam oczekiwań i jestem spokojniejsza. Jednak była taka milonga… bardzo dla mnie ważna. To było dwa lata temu w Nałęczowie. Bardzo nastawiłam się na taniec naszej zaproszonej wtedy pary. Zaprosiłam wszystkich z całej Polski, będąc pewną, że to będzie niesamowity pokaz… Zatańczyli, ale byli tuż po rozstaniu, po wspólnych dziesięciu latach. To był tak kompletnie inny pokaz niż ten, który widziałam w ich wykonaniu rok wcześniej, że usiadłam, kamera mi wypadła z rąk i … nie mogłam na to patrzeć. To nie tak miało być! Czułam bardzo duże rozżalenie. Do nich, że zatańczyli inaczej, niż się spodziewałam… Przypuszczam, że inni mogli tej różnicy nie zauważyć, ale ja byłam mocno rozbita.

Tak bardzo przejęłaś się czymś, czego nie mogłaś przewidzieć?

Nie mogłam… Ale najgorsze było to, że nikt nawet nie próbował mnie z tego stanu wyciągnąć… że byłam w tym stanie tak bardzo sama… A były osoby, które mnie znają i mogły przypuszczać, że uratowałby mnie taniec… Ale nikt mnie wtedy nie poprosił. Cały pobyt, cały ten tydzień, który przygotowywałam wiele miesięcy i wtedy była jego kulminacja… (zwilgotniały nam oczy. Doskonale rozumiałam odczucia Pauliny, bo sama ? w innych okolicznościach i nie w tangu ? przeżyłam podobnie mocne rozczarowanie, nie doczekawszy się wsparcia). Nikt nie pomyślał, żeby zatańczyć z osobą, która to zorganizowała. Choćby kurtuazyjnie. Kurtuazja też jest ważna. Pomimo mojego otępienia byłam jeszcze w stanie wysyłać sygnały, żeby się ratować, żeby ktoś podszedł i ze mną zatańczył… Bezowocnie. I to był okropny wieczór.

Możesz powiedzieć, że był to najgorszy tangowy wieczór w Twoim życiu?

Z całą pewnością tak. Tym bardziej, że był to wieczór wśród wszystkich znajomych mi osób, z którymi tańczę na milongach…

Przeskoczmy w inny tangowy zakamarek w duszy. A najcudowniejszy wieczór?

Najcudowniejszy chyba był ten na samym początku, kiedy w Paryżu, w pięknym otoczeniu, na milondze, która już niestety nie istnieje, wirowałam do walca (Paulina wróciła! Oczy błyszczą, uśmiech ma subtelny posmak erotyzmu). Czułam tango w otoczeniu kabaretu ? który podskórnie uważam za swój drugi dom (śmiech) ? i to było kompletnie inne tango (śmiech). To był Paryż, z którym chciałam związać swoje życie, tam być, mieszkać, tańczyć… Wtedy ze szczęścia w tańcu krzyczałam. To była jedna z milong w uniesieniu. Oczywiście teraz dla mnie wspaniała milonga wygląda inaczej i na co innego mam w tańcu nadzieję, ale tego uczucia nie zapomnę nigdy. Fantastycznie też wspominam milongę, kiedy doznałam namacalności drugiej osoby… kiedy wystarczyło podejść, stanąć blisko siebie i nie trzeba było nic więcej…

A spektakularne przeżycia z Jankiem?

(W Jej spojrzeniu pojawiły się figlarne ogniki) Z dużym sentymentem wspominam wszystkie nasze pierwsze pokazy. Występowaliśmy z zespołem Tangata Quintet i Machina del Tango. Grzegorz Frankowski był taką osobą, która też od dawna miała w sobie tango, bo od dawna grał Piazzollę. Wyjechaliśmy do krakowskiej piwniczki, by zatańczyć podczas jego koncertu. I jeździliśmy tam co dwa tygodnie, także żeby uczyć. Przez te dwa lata w ogóle nie zobaczyliśmy Krakowa (śmiech). Nasza trasa ograniczała się z pociągu do piwniczki i z powrotem (śmiech). Dla mnie to było trochę na pograniczu tanga, bo pląsanie na scenie do Piazzoli było czymś innym niż pokazywanie i zaszczepianie tanga w różnych miastach i osobach (śmiech), kiedy staraliśmy się pokazać to tango od strony najbardziej naturalnej. Ale zdecydowanie był to rodzaj żywiołu: jechało się przez Polskę, żeby zatańczyć w spektaklu.

Które z Was wpadło na to, żeby związać wspólne tango ze wspólnym życiem?

Taka myśl przyszła do głowy Jankowi. Chociaż… po zastanowieniu… powiem, że to był taki elektryzujący moment…

Noo…?

(Śmiech) Janek zrobił założenie, że jeśli zabiera się za tango, to będzie tańczył z nauczycielkami. Od razu zaczął tańczyć ze mną i z Anią Iberszer. Później pojechał do Berlina i wystartował prosto do Mabel (śmiech). Momentalnie wskoczył na wysoki poziom, tak że po kilku miesiącach już razem prowadziliśmy warsztaty. Oczywiście do tego dochodzi jego muzykalność, co też miało niebagatelny wpływ na całość. Nigdy nie miewam takich sytuacji w życiu, że sobie ustawiam różne osoby i stwierdzam, że ?a teraz sobie dokonam wyboru?. Ale wtedy tak się stało. Ten wybór musiał być dokonany, bo chodziło o to, z kim będę tańczyć i uczyć. Oceniając ? jak to okropnie brzmi! (śmiech) – potencjał Janka, wybrałam właśnie jego. Wtedy nie myślałam o żadnych życiowych perspektywach. Było jedno takie tango, które oboje pamiętamy: w jednej sekundzie poczuliśmy, że już nie tylko tańczymy… Jesteśmy bliżej…

Dużo czasu potrzebowaliście od pierwszego ?bliżej? do decyzji życiowej?

Nie (śmiech), dość szybko usłyszałam tę propozycję.

Cieszę się, że zechciałaś o tym opowiedzieć, bo dałaś tym nadzieję wszystkim samotnym szukającym w tangu także partnera na życie, że to jest całkiem realne. Będę to pokazywała nietańczącym samotnym panom: zobacz, ile doznań może Cię spotkać, jeśli dasz sobie szansę…

To o czymś Ci jeszcze opowiem. Pojechałam sama do Buenos. Oczywiście z Jankiem też byłam, ale tym razem wyruszyłam bez niego. Poszłam na milongę i mój wzrok od razu napotkał spojrzenie Miguela Angela Pla. Spodziewałam się, że się ucieszy, a w jego oczach zobaczyłam przerażenie. Podbiegł do mnie, odciągnął na bok i niemalże na mnie krzyczał, że co ja zrobiłam, jak mogłam przyjechać tu sama. Byłam zdziwiona, bo dla mnie nie było w tym nic niedorzecznego. Miguel stwierdził, że nie wiem, co robię i że wystawiam się na wielkie niebezpieczeństwo pokus (śmiech). Powiedział, że on doskonale wie, o czym mówi, bo cztery razy się rozwodził przez tango, że najgorsze to poczuć taką bliskość totalną, od której będę zgubiona (ta troska bardzo nas ubawiła). Powiedział, że ze względu na sympatię do nas, musi mnie przestrzec i że mam uważać, bo jednak jestem w niebezpieczeństwie (śmiech). To pokazuje, jakie rzeczy mogą się w tangu dziać, jak wszystko może iskrzyć. Pary powstają, ale czasem przez tango się rozpadają.

Paulina Policzkiewicz-WoźniakCzy poza tangiem masz czas na cokolwiek innego?

Lubię każdy rodzaj tańca, wiele z nich jest także ?moich?, na pewno każdego chciałabym spróbować. Tydzień mam tak rozplanowany, że przede wszystkim tańczę tango, ale też flamenco, swinga… Bardzo chciałabym powrócić do tańca brzucha… I książki. Dużo czytam, ale mam też ochotę pisać. Krążą wokół mnie różne pomysły na scenariusze ? w międzyczasie skończyłam pod tym kątem studia w szkole filmowej ? ale to cały czas leży gdzieś na bocznym torze. Jednak czuję, że w sprzyjających okolicznościach mogłabym po to sięgnąć.

Mając trójkę małych dzieci trzeba być mistrzem organizacji i logistyki.

Od samego początku, czyli od pierwszego dziecka, nie przestawiłam się na tryb wyłącznie macierzyński, czyli bycia tylko mamą, która cały swój czas oddaje dziecku. To dzieci przyzwyczaiłam do mojego trybu życia (śmiech). Dzięki temu wszystko rzeczywiście idzie bezproblemowo, dzieci są z tym oswojone. Uczestniczą w tym moim życiu, pewnie dlatego są bardzo otwarte. Dla nich to jest naturalne: jest wieczór, jest milonga, więc jedno z nas lub oboje wychodzimy. Przyzwyczaiłam i nadal przyzwyczajam dziewczynki do tego, że to, że jestem w domu, nie znaczy, że jestem dla nich dostępna; że jeśli przygotowuję coś przy komputerze, to pracuję. W ogóle nazywanie tanga pracą jakoś było dla mnie dziwne i zresztą do tej pory nie mogę złożyć tych dwóch słów obok siebie. To jest moja pasja, moje życie. Czyli zostałam bez pracy (śmiech), chociaż oczywiście tango nią jest, i to wymagającą, wielogodzinną.

Czy w tym roku także jedziecie do Nałęczowa?

Tak! Od pierwszego do siódmego lipca już po raz siódmy zapraszamy na wspólny tangowy wyjazd. Zaprosiliśmy w tym roku Pablo Rodrigueza i Corinę Herrerę i z nimi spędzimy cały tydzień intensywnie tańcząc w niesamowitym otoczeniu Pałacu Małachowskich. Milonga z pokazem tym razem odbędzie się w piątek, piątego lipca. Oprócz tanga postaramy się, aby ten wyjazd był także rekreacyjny, z siedzeniem przy ognisku, być może z wyprawą do Lublina, który warto tangowo wspierać. Mamy miejsce na dwadzieścia cztery pary w dwóch grupach: bardzo zaawansowanej i średnio zaawansowanej. Być może będzie możliwość, żeby spędzić z nami tylko weekend.

Chciałabyś na koniec coś dodać?

Może to, żeby wprowadzanie w tango, zwłaszcza panów, było łagodne, bo wtedy to działa. Nie zarzucać nim. Możemy podsunąć ideę i czekać, aż ktoś ją przyjmie. Tego się nie da zaszczepić na siłę. I chcę Ci powiedzieć, że bardzo Ci dziękuję, że mogłam tu usiąść na przeciwko Ciebie i sięgnąć tam, gdzie na co dzień nie zaglądam… że mogłam ponazywać sobie pewne rzeczy… Chociaż to nazywanie tak naprawdę nigdy się nie kończy. I to myślenie o tangu także nigdy się nie skończy i nie będzie żadnej definicji. Teraz muszę spojrzeć na zegarek… Ojej, już późno! Muszę pomyśleć, w jakiej kolejności odebrać dzieci… (Ja również sprawdzam czas. Święty Barnabo! Jest prawie piętnasta, a ja na czternastą byłam umówiona z psem do fryzjera…).

Czego Ci życzyć?

Mam w sobie kilka pomysłów i przekonań co do tego, co jeszcze mogłabym w tangu zrobić. Chciałabym mieć możliwość ich realizacji. Chciałabym też zorganizować zajęcia na bazie techniki Alexandra, ponieważ jest ona naturalna i bardzo uświadamiająca. Zapoznać z nią i wskazać możliwość dalszego rozwoju, bo w tangu trzeba uzyskać swobodę ciała ? wtedy odpowiada ono na impulsy i jest w stanie je przekazać. Przestaje myśleć, a zaczyna reagować.

Niech się stanie.

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Anna Kossak

Psycholog, trener i coach. Autorka książki "Pasja budzi się nocą". Doświadczona miłośniczka życia, kochająca zwierzęta, podróże i tango argentyńskie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X