Tango to opowieść o nas – rozmowa z Pauliną Policzkiewicz-Woźniak

Co jest dla Ciebie ważne w procesie uczenia innych?

Ogromną uwagę zwracam na detale. Można powiedzieć, że podczas lekcji przyczepiam się do nich (śmiech). Na szczęście między mną a Jankiem w tym procesie jest duża harmonia. Janek pełni rolę prowadzącego, ja nasze lekcje dopełniam. On podaje jako partner konkretne rzeczy, zadaniowe, ja zajmuję się tym, jacy możemy być wobec siebie, czego może nam brakować, czyli wszystkimi subtelnościami, które dla mnie są szalenie ważne.

Paulina Policzkiewicz-WoźniakDlaczego nie robicie warsztatów z subtelności i delikatnych szczegółów? Dla tych, którzy tańczą już jakiś czas, nawet długi.

Planujemy takie warsztaty, bardziej tematyczne i szczegółowe. Chcemy pracować nad techniką w parze, bo w odróżnieniu od techniki indywidualnej, w której można pomachać nogą i coś poćwiczyć, ale trudno to przełożyć na taniec ? będzie łatwiej. Skupimy się na tym, że mamy być do siebie i mamy być razem, że wszystko zaczyna się od objęcia.

Zdarza się, że mam wrażenie, jakby mężczyzna bał się mnie objąć. Nie chodzi o to, żeby mnie ściskał, ale jak nie czuję objęcia, nie lubię takiego tańca. Z drugiej strony są kobiety, które nie chcą pozwolić mężczyźnie się objąć. Co zrobić, żeby tę gotowość na bliskie objęcie w sobie odkryć?

Na to składa się wiele czynników. Także czas. I nie wystarczą same lekcje. Trzeba chodzić na praktiki i na milongi od samego początku. Skoncentrowanie tylko na uczeniu się może przeszkadzać. Trzeba koncentrować się na odczuwaniu, a temu sprzyja milonga. Samo wykonywanie kroków nie jest dla nikogo przyjemne.

Szczególnie zawsze takich samych, bez muzykalności, w jednym tempie. Można w tandzie zasnąć.

Takie osoby są jeszcze od tanga bardzo daleko. To znaczy coś wykonują, ale tu można by roztrząsać: czym jest taniec? gdzie on się zaczyna? jest ruchem w przestrzeni czy ruchem w muzyce? Przecież niekoniecznie… To bardzo ciekawe jako zjawisko. Wracając jednak do tanga ? tu chcemy wyrażać muzykę, wspólnie w niej przebywać. Ten wyznacznik bycia razem pokazuje, że osoby tylko wykonujące kroki jeszcze nie tańczą tanga-tanga.

Myślisz, że mają tę świadomość?

Nie. Są zbyt zajęte… krokami.

A można im jakoś pomóc? Wskazać, że nie są na drodze, tylko szamoczą się na poboczu?

Hmm… To może być impuls. Myślę, że jakieś głębokie doznanie emocjonalne może im wskazać kierunek. Samo podejście do tańca i nastawienie też są niezwykle istotne. Nigdy nie ma gwarancji, że jak spotka się dwoje wytrawnych tangueros, to przeżyją wspaniałe tango. Tego nie można przewidzieć. Ale można zwiększyć na to szanse poprzez odpowiednie nastawienie i otwartość. Poza tym ja jestem daleka od tego, żeby dawać rady. Nie czuję, żebym mogła to robić.

Żartujesz?! Kto, jak nie Ty?! Są tacy, co nie umieją porządnie kroku postawić, a szafują radami na prawo i lewo. Od Ciebie jednak niejeden chętnie radę usłyszy!

Każdy przypadek jest inny. Trzeba byłoby znać sytuację, kontekst, doświadczenia tej osoby, a my nie jesteśmy od prześwietlania innych.

Zdarza się, że partner jest zupełnie nieświadomy, że jego szaleńczy wysiłek przyprawia nas o zawrót głowy, bynajmniej nie z zachwytu.

Każdy ma jakieś swoje oczekiwania, jakie tango ma być, jak ma wyglądać i jak powinno się je tańczyć. Nakładają się na to nasze osobiste cechy. Na przykład wycofanie prowadzi do wniosku: nie jestem gotowy iść na milongę. Doceniam oczywiście pokorę i świadomość takich osób, ile jeszcze mają do nauczenia. Jednak chciałabym, żeby osoby te nie zostawały na wyjściowym etapie i nie tkwiły w tym wycofaniu. Już na samym początku ważne jest rzucenie wszystkiego na jedną szalę: idę w to tango! Inni z kolei partnerzy mają wrażenie, że dają czytelne sygnały, a niestety one nie wychodzą poza statyczność ciała. Każdy ma inną skalę emocjonalności i impulsywności. Nie chcę tu występować jako przedstawicielka kobiet, które czegoś od panów wymagają, które mają dokładne wyobrażenie, jacy powinni być lub czego im brakuje. Chciałabym tego uniknąć, bo na nich i tak leży główna odpowiedzialność, planowanie i myślenie o tym, jak zatańczymy. Ja bym bardziej chciała ich pogłaskać (śmiech) i uspokoić – nie wiem, czy w imieniu wszystkich pań – że my naprawdę zaczekamy. Nie musi być wszystko od razu.

Na pewno wolimy trochę i porządnie, niż wszystko na raz i byle jak.

Tak, ale tango to ?układ naprzeciwko?, czyli nie to, że jesteśmy my, te dobre i wyrozumiałe, i zaczekamy, a wy się uczcie. Ten układ zakłada, że do każdego z nas obojga coś należy, oboje podejmujemy działanie i budujemy wzajemne zaufanie i obydwoje mamy gotowość do otwarcia się na tę drugą osobę. Ważne też jest, żeby panie nie przeszkadzały (śmiech), bo uczenie się jest jednak procesem. To bycie przy sobie, towarzyszenie, takie ?na dobre i na złe? bycie świadkiem rozwoju tej drugiej osoby buduje nasze relacje. Jest najważniejszą częścią wspólnego życia, to jest wspólnego tanga (śmiech).

Bardzo ładnie, tyle że żadna z nas nie lubi szarpania, ciągnięcia, a tak się dzieje przy siłowym prowadzeniu. Dawać sygnał wyraźnie nie oznacza, że mocno.

Zawsze zaczynamy nowe lekcje od wprowadzenia, że tango nie ma z siłą nic wspólnego. Później, krok po kroku, poprzez różne ćwiczenia dochodzimy do tego, że daną rzecz można poprowadzić inaczej. Szczególnie cenne są te momenty, w których Janek prowadzi partnerów. Myślę, że to jest bardzo ważne, aby partnerzy współpracowali też ze sobą, uczyli się od siebie nawzajem, a partnerki ze sobą. Powinny być zajęcia w podgrupach, żeby mogły być w grupie.

Moim zdaniem warto, aby ci, którzy chodzą na lekcje ? mówię tu o panach ? dany element przećwiczyli z nauczycielem, a nie tylko z nauczycielką. Ja swoich lekcyjnych czy warsztatowych partnerów proszę, aby tak robili.

To naprawdę świetnie działa. Partner raz spróbuje i już wie. Nie potrzebuje siły. Ale jest druga strona medalu. Zbytnia delikatność ? być może ze strachu przed własną siłą i tym, żeby partnerki nie zdominować, nie zgnieść ? też nie jest najlepsza i nie jest oczekiwana.

Odmawiać czy tańczyć ze wszystkimi?

O, to jest kwestia do omówienia… Zawsze myślałam, że odmawiając zabijamy pewną możliwość. Nie dajemy zaistnieć okoliczności, która mogłaby nastąpić, być może by coś zmieniła, także podejście do tańca z tą konkretną osobą. Dlatego byłam zdania, żeby nie odmawiać. Ważne jest, żeby tańczyć z zaczynającymi. Poprzez taniec z zaawansowaną partnerką partner może nabrać pewności siebie i lepiej zweryfikuje swoje prowadzenie, niż tańcząc z partnerką na swoim poziomie.

A co z tymi, którzy nie są już początkujący, a swoimi propozycjami nie sprawiają nam radości?

Takich partnerów rozróżniam w zależności od charakteru (śmiech). Jeśli mam przed sobą osobę nieśmiałą i niepewną siebie, nie odmawiam. Często w takich przypadkach widzę, że taki partner nie ma podstaw do obaw i może spokojnie być pewny swojego tańca. Jeśli jednak wyczuję, że partner jest nadmiernie pewny siebie i chce ze mną zatańczyć tylko po to, żeby się sprawdzić i po prostu po mnie ?sięga?, to nie mogę się na to zgodzić i omijam taką możliwość.

Co myślisz o cabeceo?

W Buenos to jest coś magicznego, niesamowitego, elektryzującego (Paulinie rozbłysły i tak mocno błyszczące oczy). Tam od spojrzeń aż iskrzy. Będąc na tradycyjnych milongach, z podziałem na stronę pań i stronę panów, doświadczyłam czegoś niesamowitego: wyławiamy się w tłumie, obydwoje chcemy… Właśnie ta pewność obopólnej chęci, jeszcze przed rozpoczęciem tańca, sprawia niesamowitą przyjemność. Zanim partner podejdzie do stolika partnerki, zanim wyjdą na parkiet, to taniec już jest zaawansowany, bo rozpoczęli go poprzez spojrzenie. Z tym patrzeniem to jest w ogóle delikatna sprawa. Czy jak ja teraz nie patrzę na partnera, to on jeszcze później spojrzy na mnie? Być może przekreśliłam już możliwość wspólnego tańca.

Przecież może być tak, że do danej tandy ten partner mi nie pasuje, ale do następnej wręcz idealnie.

No właśnie! Więc to trzeba brać pod uwagę, że tu działa nie tylko sama chęć zatańczenia z daną osobą, ale chęć zatańczenia do szczególnej muzyki. Często się to pomija, nie słucha się muzyki, tylko w trakcie cortiny podchodzi do upatrzonej pani. Ja robię tak, że gdy zabrzmi coś, czego nie mam ochoty zatańczyć, to znikam, żeby uniknąć sytuacji odmawiania, bo dla kogoś przecież może to być niezrozumiałe.

A jak traktujesz desant?

Taki wprost, z wyrośnięciem tuż przede mną lub poklepaniem po ramieniu, jest irytujący. Ale nie ma nic złego w zbliżeniu się i znalezieniu się w moim polu widzenia.

Naprawdę zdarzyło Ci się klepanie w ramię?

Tak.

Bez komentarza.

Często kobieta ma takie przeświadczenie, że jeśli teraz się nie zgodzi, to w ogóle nie zatańczy. To niestety przyzwyczaja niektórych panów do ?sięgania? po dziewczyny. Takie całkowite nie odmawianie trochę rozleniwia i powoduje brak starania się i prawdziwej chęci zatańczenia z daną panią. Nie ma tego elementu niepewności, który potrafi bardzo pozytywnie pobudzić. Podsumowując: polskie cabeceo jest jeszcze bardzo początkujące, nie zawsze działa, więc czasem stosuję, czasem nie. Wymaga bycia elastycznym w danej sytuacji.

Kobiet jest znacznie więcej. Dziewczyna przełamuje się ? bo bywa, że nie jest to dla niej proste ? wchodzi w pole widzenia wybranego tanguero, a on jawnie jej odmawia; co myślisz o takiej sytuacji?

W moim nie odmawianiu kierowałam się właśnie tym, że ktoś się przełamał, podszedł, zdecydował. Nie można tego zaprzepaścić.

Uważam, że dla kobiety to jest bardzo duży wysiłek emocjonalny i przejaw odwagi.

Oczywiście, i z mojego punktu widzenia działa to trochę inaczej. Jeżeli kobieta poprosi, co jest dosyć rzadkie, to odmówienie przez partnera… jest uczuciem porażającym. Jest to wrażenie… które mi w ogóle trudno określić. Na pewno jest rozdzierające.

Taki partner jest asertywny czy odrzucający?

Hmm… Partner ma prawo zostać w zgodzie ze sobą, jak każdy. Ale powinien być na tyle rycerski, że nie odmówi. Odmowa momentalnie pozbawia go tej rycerskości.

Paulina Policzkiewicz-WoźniakPanowie bardzo bronią swojej autonomii i nie znoszą być do czegokolwiek przymuszani, szczególnie do tańczenia na siłę z tą, z którą nie chcą, chyba że mają inną strategię na własne doznania i lubią sobie zrobić psikusa (śmieję się na wspomnienie wywiadu z Igorem Chmielnikiem).

Wielokrotnie byłam zdziwiona, że przyjeżdżają partnerki z zagranicy, a nikt ich nie prosi. Przełamanie niechęci czy niepewności może być wstępem do nowego, nieznanego doznania. Ja na miejscu tych panów chciałabym zatańczyć z tą panią od razu, bo to jest ktoś niecodzienny, kto może wzbogacić o nowe wrażenia. Dziwię się, że niektórych zadowala tylko o, co znają.

Czy to nie jest zaściankowość naszych mężczyzn? Kiedy rozmawiam z dziewczynami, które jeżdżą na milongi po świecie, zgodnie mówią, że tylko nasi panowie mają fazy nie proszenia, nie tańczenia, siedzenia pod ścianą, a na świecie mężczyźni przychodzą na milongę po to, żeby tańczyć. Kuriozalnie wyglądała sytuacja na jednej z niedawnych milong: pod ścianą na kanapach siedziało siedemnastu panów! Nie podobała im się muzyka?!

Jednak nazywanie tego zaściankowością mogłoby być krzywdzące. Ja bardziej to postrzegam jako nieśmiałość lub… niedostrzeganie partnerek spoza swego kręgu.

Z nieśmiałości całą grupą zalegają na kanapach? Nieśmiałość jako narodowa cecha polskich tangueros?

Tak, i bywa, że mała pewność siebie.

Nie wiem, czy się z tym zgodzę. Dziewczyny mówią, że tylko u nas panowie tańczą z różnych powodów, nie tańczą też z różnych, przez trzy kolejne milongi rozpływasz się w jego ramionach, a przez kolejnych pięć w ogóle Cię nie dostrzega… To jakieś dziwaczne.

Tak to już jest w tych cechach charakteru, że ten, kto jest pewny siebie, czasami nie ma pokory, z kolei ten niepewny nie ma śmiałości. Splecenie różnych cech, na przykład dobrej, czyli świadomości, że jeszcze muszę się dużo nauczyć, z przeszkadzającą, czyli małą pewnością siebie, powoduje zamknięcie się i wycofanie. A jak to zmienić? Nie wiem, taka jest ich charakterystyka.

Jeździsz po świecie, to sama widzisz: tam jest inaczej.

Tak, ale przychodzi taki moment, że zaczynam tęsknić za naszymi polskimi chłopcami (śmiech). Chociażby na podstawie Paryża mogę to doskonale określić. Kiedyś cała oddychałam nim i tamtym tangiem, a teraz już nie tak samo… Bardzo chcę utrzymać w sobie ten kult paryskiego tanga, ale tam brakuje mi zespolenia z partnerem. Nikt nie zwraca na mnie w tańcu uwagi. Poczucie tańczenia ?mimo sobie? jest okropne i powoduje, że nie chcę mieć tej osoby blisko siebie, czyli zamykam się i czuję się wtedy wykorzystywana. Mam takie poczucie, że służę do tego, aby ktoś mógł sobie potańczyć. Rzeczywiście, partnerzy proszą cały czas, ale to nie sprawia, że tańczę cudowne tanga. Z tego powodu uciekam z jednej milongi na drugą, ale nie znajduję tego, czego szukam, a co mam w Warszawie. I zaczynam tęsknić za przytuleniem się do naszego chłopaka (śmiech). Naszych panów charakteryzuje większa subtelność.
czytaj dalej ?

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Anna Kossak

Psycholog, trener i coach. Autorka książki "Pasja budzi się nocą". Doświadczona miłośniczka życia, kochająca zwierzęta, podróże i tango argentyńskie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X