Tango to opowieść o nas – rozmowa z Pauliną Policzkiewicz-Woźniak

Jak napisał Tadek Dębski w swojej książce: Janek przyszedł, zaczął tańczyć i się z Tobą ożenił!

Chyba tak było! (śmiech). Ale tango jest ponad wszystko. Kiedy jestem na milondze i tańczę, to nie jestem ani żoną, ani matką. W tym momencie nie mam męża i dzieci (śmiech). Dlatego tak wybijają mnie pytania osób siedzących obok, jak tam dzieci (auć! Też mi się kiedyś zdarzyło o to zapytać…) i gdzie one w ogóle są. Mnie to tak rozbija, że w pierwszej chwili w ogóle nie wiem, o co ten ktoś mnie pyta. Tango wynosi mnie ponad wszystko inne. To nie znaczy, że ja się chcę tego zwykłego życia wyrzec! Po prostu na milondze jestem ja jako ja, ze wszystkimi emocjami i osobami będącymi ze mną podczas tego wieczoru, a za chwilę będę tylko z partnerem, któremu coś bym chciała dać i z którym chciałabym coś dzielić. Nie mogę być wielofunkcyjna w momencie koncentracji na danej chwili. Chciałoby się dążyć do tego, żeby tango było totalne, a takie wytrącenie przeszkadza. Tango sprowadza nas do aspektu czysto ludzkiego: oto człowiek, tuż za tym następuje identyfikacja: kobieta-mężczyzna, natomiast inne role są, przepraszam, ale nieco później (śmiech).

Paulina Policzkiewicz-WoźniakCzy kiedy jesteś gospodynią milongi (Q w Złotych Tarasach), jest inaczej? Na pewno! Zauważyłam, że wtedy mało tańczysz.

Tak, ale pełnię pewne funkcje i tym się zajmuję. Każdy taki wieczór jest dla mnie wyjątkowy. Jestem na nim od początku do końca i bardzo mocno mogę poczuć, że mam kontakt z ludźmi, mogę z nimi porozmawiać. Zupełnie inaczej jest, kiedy idę na milongę. Mam wtedy określony czas i jestem nastawiona tylko na taniec. Wtedy trudno jest mi koncentrować się na czymś innym niż parkiet i partner. Oczywiście bywa tak, że przychodzę na milongę niekoniecznie z nastawieniem: tylko tańczyć, ale także by pobyć wśród ludzi. Na pewno na naszej milondze główną przyjemnością jest bycie z ludźmi. Każdy wie, gdzie jestem, i jeśli ma ochotę ze mną zatańczyć, może mnie znaleźć.

Raczej trudno wtedy o cabeceo, jeśli siedzisz ze szkatułką biletową przy samym wejściu.

Nie jest tak źle (śmiech). Przemieszczam się, rozglądam, próbuję cabeceo. Ale jest inny aspekt organizatora. Często jest tak, przy okazji różnych warsztatów z zaproszonymi parami, że niestety przestaję być postrzegana jako kobieta ? partnerka. Wtedy jestem organizatorką. Dbam o tych, których wprawiam w ruch. To miewa także swoje ujemne strony. Czasem okazywało się, że jako organizatorka byłam od tego, czy inni mają co jeść i pić, a z upatrzonym partnerem nie zatańczyłam… Przy ostatnich dźwiękach milongi pojawiło się: może jednak… I następowało takie: ojej! Ależ oczywiście! W jednej chwili taka zmiana! (śmiech).

Dużo czasu zajmuje Ci ułożenie muzyki na milongę?

Dużo (śmiech). Bardzo dużo. Ostatnio jak o tym myślałam, to najlepiej żebym miała na to kilka miesięcy.

Na jedną milongę?!

Tak, żebym z wyprzedzeniem ? na pewno miesiąca, najlepiej dwóch ? wiedziała, kiedy i gdzie będę grała, jacy ludzie mogą przyjść. Wliczam w to nie tylko układanie poszczególnych tand, bo to jest ostatni etap, ale także chodzenie na milongi i słuchanie, jakie tanga pasowałyby do danego wieczoru. Czasem w środku prowadzonej lekcji usłyszę utwór i pomyślę: o! koniecznie to tango musi się znaleźć na mojej milondze! Tak więc układanie muzyki to cały proces. Oczywiście mogę to zrobić szybko, ale lubię, żeby to dojrzało i się dopełniło.

Do współpracy dj-skiej zapraszacie z jakiegoś klucza czy mógłby ktoś przyjść i powiedzieć: chciałbym spróbować?

Nie wybieram dj-ów pod kątem muzyki, którą proponują, czyli że coś grają albo czegoś nie grają. Nie robię takiej selekcji, bo zależy mi, żeby muzyka była jak najbardziej różnorodna, żeby w tej naszej przestrzeni zabrzmiało coś, czego jeszcze nie słyszeliśmy. Natomiast osoba, która stwierdza, że może będę dj-em… Nie, to jeszcze dla niej za wcześnie, by tu zagrać. To muszą być dj-e, którzy już grają, bo bierzemy odpowiedzialność za cały wieczór, także za muzykę. W ogóle temat odpowiedzialności jest szeroki, bo za ile rzeczy w tangu musimy być odpowiedzialni! Nie chcę, żeby to miało jakiś bardzo poważny wydźwięk, że jesteśmy tu po to, żeby…

…się umęczyć.

(Śmiech) No tak, ale odpowiedzialność w tangu dotyczy wielu sfer. My, nauczyciele, musimy być odpowiedzialni za naszych uczniów, przede wszystkim początkujących. Panowało takie przekonanie, że skoro umiem trochę tańczyć, to mogę komuś pokazać i nauczyć. A chodzi o to, by osoba, która zaczyna, była specjalnie traktowana, żeby poprzez złe podejście nie została wpędzona w złe nawyki. Każdy, kto się uczy, musi mieć wzór i dobrze, żeby łączyło się to z tym, że to, czego się uczy, jest właściwe.

Nie mamy wpływu na to, że z uczeniem wyrywają się ci, którzy sami jeszcze nie bardzo umieją. Możemy jedynie uwrażliwiać zaczynających, żeby nie dali się zwieść.

Często jest taka postawa, że znam podstawy, więc mogę je przekazać. Podstawy bywają bagatelizowane. Później, gdy już trochę tańczymy, mamy inną świadomość. Jeśli osoba na początku swojej drogi ma wielość sprzecznych informacji, to będzie jej bardzo trudno. Żeby się nauczyć, trzeba skoncentrować się na jednej koncepcji i przez jakiś czas się jej trzymać. Nauczyciel w tym wszystkim ma tę trudność, że przekazuje swoją wizję, ale dobrze żeby przy tym nie pogrzebał wizji przekazanej przez innego nauczyciela. Jeśli przekreślamy czyjś sposób, to tak jakbyśmy przekreślali swój, bo jeden i drugi jest jednym ze sposobów. Jednak na początku drogi ważny jest ten jeden z wielu.

Czyli przez pół roku trzymać się jednego nauczyciela, a przygód szukać później.

To by było najlepsze. Jeśli chodzi o naszych uczniów, to często mam taką myśl, żeby poszli gdzie indziej i zweryfikowali to, czego się u nas nauczyli. Na pewno poszerzą horyzonty, kiedy popróbują czegoś nowego. I być może wrócą do nas z pytaniami, na które czekamy. Ale to nie koniec odpowiedzialności. Jest też odpowiedzialność w parze. Nie tylko za samego siebie, bo to też, ale za nas i to, co się między nami dzieje, bo jesteśmy cząstką dopełniającą inną cząstkę. Jako gospodyni czuję się odpowiedzialna za nastroje poszczególnych osób, chociaż nie mam na nie wpływu. Źle się czuję wewnętrznie, kiedy widzę, że ktoś przyszedł z nadzieją, i…nic się nie dzieje. Siedzi i nie tańczy, bo nikt nie prosi, albo jest w słabszym nastroju i muzyka nie jest w stanie tego przełamać. Wtedy jest mi przykro (przeciągłe westchnienie) i trudno mi z tym, bo nic nie mogę zrobić…

Janek Woźniak i Paulina Policzkiewicz-WoźniakNie każdy nauczyciel wzbudza silne zapotrzebowanie na tańczenie. Ale Janka kochamy. Wszystkie! Każda czeka, żeby na nią spojrzał… i wybrał… Po prostu Janek jest taki, że my… ojeju! Zresztą na pewno o tym wiesz. Więc powiedz szczerze: przeszkadza Ci to?

Mnie to niesamowicie cieszy. Często rezygnuję z tańca z nim, bo naprawdę wolę, żeby zatańczył z innymi dziewczynami.

Ty możesz z nim tańczyć o każdej porze dnia i nocy.

Tak, ale w rezultacie Janek chyba częściej tańczy z innymi (śmiech).

Są pary, które tańczą tylko ze sobą. Pewnie w grę wchodzi zazdrość, częściej kobiety o mężczyznę. A Ty? Nie jesteś w ogóle zazdrosna?

Nie jestem (Paulina spoważniała). Jeżeli ktoś jest zazdrosny, to znaczy, że jest niepewny siebie, nie ma pewności w związku. Musi uważać, bo po pierwsze: pewnie straci tę drugą osobę, a po drugie: to jest strasznie ciężkie życie! Zazdrość bardzo nas zjada. Nie warto się jej poddawać.

Kiedyś powiedziałaś, że tango jest dla wszystkich. Ja uważam, że nie.

Tango jest dla wszystkich, ponieważ dotyka najbardziej osobistych spraw, pomaga nam się określić. Dotyczy emocji, którymi jesteśmy przepełnieni. Polecam wszystkim, żeby chociaż spróbowali. A później ? cóż… Zależy od poszczególnych osób, nie każdy musi w nim zostać. Ale na pewno każdy ma szanse dużo się o sobie dowiedzieć.

Terapia tangiem? Dla osób z problemami emocjonalnymi, osobowościowymi, społecznymi…?

Myślę, że ta terapia i tak już działa od samego początku. Chcemy czy nie ? ona przez nas przechodzi, doświadczamy jej.

W jednej z rozmów powiedziałaś, że każdej parze planującej wspólne życie poleciłabyś zapisać się na podstawowy kurs, bo tango wszystko weryfikuje. Naprawdę?

Kiedy ludzie w parze zaczynają się uczyć, stają naprzeciw siebie i wychodzi: kto czego oczekuje, jest wymagający czy wyrozumiały, kto rządzi, kto nie wybacza. Dzieją się różne rzeczy. W tangu wychodzi to, jacy jesteśmy. Czasem cudownie wszystko współgra i także poprzez tango dwie osoby mogą się dotrzeć, ale nieraz tango pokazuje, że warto odbyć ważne rozmowy przed zawarciem związku. Czasami widzę, że w przypadku niektórych par najlepszym rozwiązaniem byłoby rozstanie.

Tak się dzieje. Tango połączyło wiele par, ale i niejedną rozdzieliło.

Życie oczywiście też weryfikuje, ale ile czasu to zajmuje! Tango przyspiesza ten proces, dlatego radzę wspólne życie rozpoczynać właśnie od niego (śmiech).
czytaj dalej ?

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Anna Kossak

Psycholog, trener i coach. Autorka książki "Pasja budzi się nocą". Doświadczona miłośniczka życia, kochająca zwierzęta, podróże i tango argentyńskie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X