Tango to opowieść o nas — rozmowa z Pauliną Policzkiewicz-Woźniak

Jaki masz argu­ment na to, że tango zawsze zosta­wia ślad?

Przede wszyst­kim ten, że oparte jest na emo­cjach, że działa pamięć emo­cji. Jeżeli coś prze­ży­jemy, to już tego nie zapo­mnimy, pozo­sta­nie w sfe­rze — jeśli nie naszej myśli, to naszych odczuć. Tango jest prze­peł­nione wszyst­kimi emo­cjami i nie można kilku wyciąć. Nie­któ­rzy chcą w nim widzieć tylko zaba­wo­wość. Zga­dzam się, że trzeba mieć w tangu przy­jem­ność, ale tak cią­gle bawić się tym tan­giem i bawić… Ile można? (śmiech). Nie była­bym zwo­len­niczką takiej wiecz­nej zabawy. Tango dotyka też spraw waż­nych. Nie unik­nie się tego, że ma w sobie też powagę. Wielu pró­buje temu zaprze­czać i twier­dzi, że odrzu­cają tę powagę i melan­cho­lię. Tym­cza­sem na prze­strzeni całego wie­czoru wystę­pują różne emo­cje i powinny się one przez nas prze­fil­tro­wać. Dla­tego mówi się, że tango to życie, życie to tango. Ono jest reflek­syjne. Możemy się temu nie pod­dać i tylko płytko się prze­śli­zgnąć, ale jeśli ma się goto­wość czer­pać ze wszyst­kiego i wejść głę­biej, to otrzy­mamy wię­cej, niż przypuszczamy.

Są takie słowa w tangu, któ­rych się unika, bo albo się ich nie lubi, albo uważa się je za zbyt wznio­słe. Jed­nym z takich zwro­tów jest wspo­mniane: tango to życie. Innym takim sło­wem jest: misja. Moim zda­niem ono bar­dzo dobrze pasuje i tłu­ma­czy, dla­czego my się tan­giem zaj­mu­jemy. To nie­ko­niecz­nie musi być powód dla wszyst­kich, ale dla mnie tango nie jest pracą, a wła­śnie misją. Misja jest wszech­ogar­nia­jąca i może być głów­nym moty­wem naszych działań.

Misja może być nawet takim tro­chę szaleństwem.

Tak! Czu­jąc misję, jeste­śmy pewni, że możemy wszystko. Nie mamy żadnych barier, nie znamy gra­nic. W tym jest siła do działania!

Wtedy też nic nas nie zatrzyma.

Tak… Wszyst­kim na pewno bym życzyła, żeby mieli w życiu misję i pasję – nie­ko­niecz­nie musi być zwią­zana z tan­giem. Wtedy życie jest owocne!

Rok 1998Kie­dyś była was garstka, a tań­czy­li­ście w każ­dym napo­tka­nym kącie. Teraz jest nas nie­złe stadko, ale spon­ta­nicz­nych akcji w miej­skiej dżun­gli jest bar­dzo mało. Poza sezo­no­wymi milon­gami na powie­trzu, rzadko tra­fiają się hap­pe­ningi pro­mu­jące tango. Dlaczego?

Świeża idea, zachły­śnię­cie się nią powo­duje, że jeste­śmy w sta­nie zro­bić naj­bar­dziej sza­lone rze­czy. Póź­niej ten entu­zjazm przy­gasa. Zostaje miłość do tanga, ale wolimy je tań­czyć w lokalu, na par­kie­cie… Z cza­sem okre­ślamy się, wolimy nale­żeć do pew­nej grupy. Nale­żymy do kręgu danej szkoły. Lubimy sobie zna­leźć miej­sce dla sie­bie i się go trzy­mać. Dla­tego rozu­miem osoby, które tkwią w jed­nym miej­scu tan­go­wym przez lata. Może to jest tak, że tak jak każdy czło­wiek chce mieć poczu­cie domu i wie­dzieć, gdzie on jest, może tak samo jest w przy­padku tanga: ludzie chcą mieć miej­sce, w któ­rym czują się pew­nie, zna­jomo, są roz­po­zna­wani. Także tam, gdzie mają pewną prze­wi­dy­wal­ność. Takie all inc­lu­sive, spe­cy­fika naszych cza­sów: wszystko mieć przy sobie, nie wysi­lać się.

Czyli ogólne roz­le­ni­wie­nie?

Może… i wygoda… Tylko te poję­cia nie­zbyt pozy­tyw­nie się koja­rzą, a dla mnie to, że ludzie lubią się oko­py­wać w swoim miej­scu, nie jest cechą nega­tywną. To jest zwy­czaj­nie ludzkie.

Nie sądzisz, że takie silne oko­pa­nie się jed­nak zawęża hory­zonty? Bazu­jąc na tym, co znamy, pozby­wamy się moż­li­wo­ści doświad­cza­nia.

To jest też kwe­stia goto­wo­ści: czy ją mam, żeby pozna­wać wię­cej. Inną sprawą jest czas. Są tacy, któ­rzy potrze­bują go znacz­nie wię­cej, być może także do nabra­nia pew­no­ści sie­bie, nabra­nia pew­no­ści w tańcu, zdo­by­cia grona zna­jo­mych. Jak już mają tę całą otoczkę, łatwiej im jest zdo­być się na to, by wyru­szyć gdzieś dalej.

Są part­ne­rzy, któ­rzy tań­czą tylko z tymi kobie­tami, które znają. Są ostrożni w zdo­by­wa­niu nowych doświad­czeń. Dopiero po wymia­nie grzecz­no­ścio­wych zwro­tów mają odwagę, żeby zatań­czyć. Jak ich do tego zachęcić?

Wymie­niajmy z nimi grzecz­no­ści. Może to jest spo­sób (śmiech).

Wróćmy na chwilę do Aka­de­mii Tanga Argen­tyń­skiego. Odno­szę wra­że­nie, że jest w jakimś mara­zmie. Nie ma ini­cja­tyw, nic się nie dzieje. Tro­chę szkoda. Jak myślisz, dla­czego tak jest?

To się wiąże z tema­tem już poru­szo­nym. Kie­dyś wio­dła nas wszech­ogar­nia­jąca idea, pro­wa­dziła nas kolejną ścieżką. Póź­niej tango się poza­my­kało w poszcze­gól­nych parach, szko­łach, miej­scach i teraz tro­chę trudno jest coś wspól­nie spo­łecz­nie zrobić.

Ale czemu spo­łecz­nie? Są środki, można o nie wystę­po­wać. Nie zawsze się uda, ale bez spró­bo­wa­nia nikt ich w walizce nie przy­nie­sie. Dla­czego przez tyle lat ATA nie ma swo­jej milongi, z któ­rej mia­łaby dochód? To chyba jakieś nieporozumienie?

Mało jest osób, które chcia­łyby się tym zająć. Wymaga to wiele czasu. Moje pre­ze­so­wa­nie trwało 6 lat – przez ten czas zaj­mo­wa­łam się wyłącz­nie Aka­de­mią, bez podziału na dzień i noc.

Mam wra­że­nie, że ATA jest bar­dzo her­me­tyczna i bazuje tylko na sta­rych wyja­da­czach. A prze­cież nowi ludzie wcho­dzą do tanga, mają zapał. Naprawdę nie ma pomy­słu, jak ich zaan­ga­żo­wać i zre­ani­mo­wać stowarzyszenie?

Zaj­mo­wa­łam się tym kilka lat i wiem, jaki to jest wysi­łek. To była cią­gła praca. Być może nie ma osób, które by wie­rzyły, że coś można zro­bić. Czę­sto sły­sza­łam pyta­nie: jeżeli będę w sto­wa­rzy­sze­niu, to co będę z tego mieć? Jakie zniżki, pro­mo­cje, wstęp wolny?

Trudno jest wziąć udział w czymś, co nie jest organizowane.

Nigdy nie było spoj­rze­nia w drugą stronę: co mogę dać. Przy takim podej­ściu nie ma osób dzia­ła­ją­cych. Aka­de­mia jawi się jako jakaś postać: Pani Aka­de­mia, a prze­cież Aka­de­mia to nic innego jak jej człon­ko­wie i jest tak, jak oni o to dbają.

Myślisz, że jest szansa, żeby to ruszyć? Zmie­nić? Ożywić?

Mam wielką nadzieję. I myślę, że możemy jesz­cze raz zacząć.

Można też mno­żyć kolejne sto­wa­rzy­sze­nia, tylko po co?

Bez sensu. Dener­wują mnie głosy, że należy Aka­de­mię roz­wią­zać. Bo naprawdę można ją zreorganizować.

Tylko do tego potrzebna jest aktyw­ność. Naj­pierw dzia­ła­nie, potem pro­fity. Trzeba wło­żyć, żeby wyjąć. Ja nie widzę nic złego w tym, żeby dzia­łal­ność przy­no­siła korzy­ści. Ale naj­pierw inwe­sty­cja, potem zysk.

Tak, wła­śnie aktywne i dzia­ła­jące osoby są potrzebne. Może potrze­bują czasu, żeby zoba­czyć w tym sens, zorien­to­wać się, że coś od nich zależy. Może cze­kają na zaproszenie…

Czas jest rze­czą względną i niby wszy­scy mamy tyle samo godzin w dobie, ale ina­czej on nam płynie.

To jest sprawa indy­wi­du­alna. Tak samo z goto­wo­ścią do otwo­rze­nia się na nowość. Sporo osób chce sobie wytwo­rzyć taką gra­nicę bez­pie­czeń­stwa: na razie wolę nie spraw­dzać, jak jest gdzie indziej. Szcze­gól­nie pano­wie mają takie podej­ście: pójdę na milongę tylko wtedy, kiedy będę umiał tań­czyć.
czy­taj dalej »

Twoje zdanie jest ważne dla nas i pozostałych Czytelników
- wyraź swoją opinię, zostaw komentarz!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>