Tango to opowieść o nas — rozmowa z Pauliną Policzkiewicz-Woźniak

Paulina Policzkiewicz-Woźniak

Pau­lina Policz­kie­wicz – Woź­niak: ete­rycz­nie ele­gancka, zawsze tak­towna, z pięk­nym uśmie­chem i roz­świe­tlo­nym spoj­rze­niem. Umó­wi­łam się na szczerą roz­mowę z kwin­te­sen­cją naj­ła­god­niej­szej kobie­co­ści, jaką znam. Stru­mień ener­gii tanga popły­nął wart­kim i sze­ro­kim nur­tem, ale nie wyobra­żam sobie, żeby roz­mowę z TAKĄ tan­gu­erą potrak­to­wać skró­towo. Czy­tel­niku, przy­go­tuj się na długą podróż, w któ­rej masz jedyną i nie­po­wta­rzalną oka­zję zaj­rze­nia w tan­gowe arkana naj­pięk­niej­szej pol­skiej tan­gu­ery… Wej­dziesz z nami w głę­bię, do któ­rej na co dzień nie ma dostępu.

[Anna Kos­sak] Cie­szę się, że możemy odbyć tę roz­mowę i że mogę Cię zapy­tać o coś, co jest wia­dome powszech­nie, ale nie znamy szcze­gó­łów. Tango do Pol­ski przy­wio­złaś w 1998 roku z Paryża. Jakie oko­licz­no­ści temu towarzyszyły?

[Pau­lina Policzkiewicz-Woźniak] To nie było do końca tak, cho­ciaż zga­dza się, że przy­je­cha­łam wtedy z Paryża, gdzie pozna­łam tango. W ogóle w tam­tym cza­sie swoje życie wią­za­łam z Fran­cją: tam chcia­łam miesz­kać, wszystko miało zupeł­nie ina­czej wyglą­dać… Byłam cały czas w ruchu, na zewnątrz. Chcia­łam pewne rze­czy skoń­czyć, obro­nić pracę magi­ster­ską i wyje­chać. Nagle wkro­czyło tango, z któ­rym pora­ża­jąco inten­syw­nie się zwią­za­łam. Ono mnie tu zatrzy­mało i uwa­żam, że jestem we wła­ści­wym miej­scu. Jeżeli w tej chwili mia­ła­bym żyć gdzie indziej i mia­łoby to nie być zwią­zane z tan­giem, to chyba nie byłoby naj­le­piej. Oczy­wi­ście nadal jestem w ruchu, ale ina­czej. Kilka lat temu zaczę­li­śmy bar­dzo dużo podró­żo­wać i to jest fan­ta­styczne, że rzu­camy się na pra­wie każdą imprezę, która ma się odbyć.

Ty i Janek?

Całe środo­wi­sko! Daw­niej, gdy wyjeż­dża­łam na festi­wal, byłam tam pierw­szą osobą z Pol­ski tań­czącą tango. Nawet w Buenos, na samym początku, nasze doświad­cze­nia były jed­nymi z pierw­szych. A teraz co chwilę tam ktoś jest lub stam­tąd wraca. Spo­ty­kamy się na mara­to­nach w róż­nych kra­jach, a w Pol­sce w poszcze­gól­nych mia­stach i nie­sa­mo­wite jest to, jak bar­dzo lubimy ze sobą spę­dzać czas. Jeź­dzimy razem na waka­cje i bar­dzo cie­szy mnie to, że po całym roku milong ktoś pla­nuje spę­dzić wspól­nie z nami.

Opo­wiedz o swo­ich początkach.

Takim przed­tan­go­wym począt­kiem, czymś, co mnie do niego „pod­pro­wa­dziło”, co być może przez lata było jego zamien­ni­kiem, to była cała strefa tanecz­nych doświad­czeń i każde było tak bar­dzo inne! Balet, modern, taniec brzu­cha, towa­rzy­ski, ludowy, fla­menco… Każdy z tych tań­ców ma pewne odnie­sie­nie do tanga. A samo tango? Jakby się­gnąć tak naj­da­lej, trzeba by cof­nąć się do Lon­dynu. Tam zoba­czy­łam spek­takl Fore­ver Tango. To był pierw­szy zna­czący moment, który pamię­tam. Z jed­nej strony olśnie­nie, z dru­giej – co mi się chyba po raz pierw­szy w życiu zda­rzyło – poczu­cie, że to jest „to”! Że jestem od razu w „tym”, że „to” jest dla mnie. Pomy­śla­łam: naresz­cie! I dozna­łam ulgi: wresz­cie spo­tka­łam coś, do czego czu­łam, że należę, mimo że jesz­cze nie umia­łam tań­czyć. Ten spek­takl ponow­nie obej­rza­łam w Nowym Jorku, a dopiero póź­niej poje­cha­łam do Paryża. Zoba­czy­łam tań­czącą parę… To był nie­sa­mo­wity widok. Dzień zaczy­na­łam bie­ga­jąc wcze­śnie rano wzdłuż Sekwany. Dostrze­głam ich na jed­nym z bul­wa­rów. Tań­czyli tango… Zapewne ćwiczyli, ale wyglą­dali jak… z sen­nego marze­nia… Od nich dowie­dzia­łam się, że w tym miej­scu odbywa się wie­czór tanga. Przy­szłam i… wsiąkłam!

Póź­niej wró­ci­łam do Pol­ski, ale wie­dzia­łam, że jeśli chcę zatań­czyć, to znowu muszę wyje­chać… Muszę poje­chać za gra­nicę… Wró­cić do Paryża… W tym cza­sie w War­sza­wie roz­wi­jała się salsa. Pod­czas takiego wie­czoru tań­czy­łam ją z rado­ścią, ale… byłam tuż po tangu… i z nie­po­ha­mo­wa­nym wes­tchnie­niem wprost do ucha Davida Masona szep­nę­łam: ojej… tak bym zatań­czyła tango… David był tym, który spro­wa­dził salsę do Pol­ski i znał tango. Natych­miast zare­ago­wał: poszli­śmy w kąt, żeby spraw­dzić, czy możemy je razem zatań­czyć. Przy ogłu­sza­ją­cych dźwię­kach salsy zaczę­li­śmy pró­bo­wać. Korzystny zbieg oko­licz­no­ści — czyli osoba Davida — spo­wo­do­wał, że następ­nym kro­kiem było wpro­wa­dze­nie tanga do War­szawy. To dzięki niemu i jego zapa­łowi ono mogło się u nas zadomowić.

Nie­zu­peł­nie. Skoro od razu posłu­chał Two­jego wes­tchnie­nia, to zna­czy, że to Ty go zapa­li­łaś, żeby razem z Tobą roz­wi­jał u nas tango.

David rze­czy­wi­ście na początku nie bar­dzo wie­rzył, że tango w Pol­sce trafi na podatny grunt, dla­tego zaczął od salsy. Po cza­sie stwier­dził, że jest zasko­czony, że aku­rat tango roz­wi­nęło się tak bar­dzo dynamicznie.

Gdzie zna­leź­li­ście ludzi chęt­nych do nauki?

Tak się zło­żyło, że w Aka­de­mii Muzycz­nej stu­dio­wał Bar­tek Woź­niak (brat Janka). Miał zespół, który grał już Piaz­zollę! Nagle momen­tal­nie poja­wiło się ileś osób zain­te­re­so­wa­nych tan­giem, więc stwo­rzy­li­śmy grupę i bar­dzo szybko powo­ła­li­śmy sto­wa­rzy­sze­nie: Aka­de­mię Tanga Argentyńskiego.

I Ty zosta­łaś pierw­szym prezesem.

(chwila ciszy…) Pra­wie, ale nie.

Jak to: prawie?!

(Moje szczere nie­do­ucze­nie w kwe­stii histo­rii ATA roz­ba­wiło Pau­linę) Na sku­tek pew­nych per­so­nal­nych oko­licz­no­ści wybrano Bartka. Póź­niej, kiedy zmie­nił się skład dzia­ła­ją­cych osób i już tak bar­dzo nie uwie­ra­łam (śmiech), zosta­łam wybrana.

Dla­czego komuś nie paso­wało, żebyś to Ty była prezesem?

(Krótka chwila namy­słu) Chyba nie chcę w to wni­kać, a tak naprawdę wtedy zade­cy­do­wał jeden głos.

Chcia­ła­bym o to dopy­tać, ponie­waż zauwa­ży­łam, że w tej naszej tan­go­wej spo­łecz­no­ści czę­sto ujaw­niamy nasze wszyst­kie naj­gor­sze naro­dowe cechy: zawiść, nie­życz­li­wość, roz­grywki per­so­nalne… Czyli w naszym gro­nie dzieje się dokład­nie to, co na zewnątrz. Powiem Ci, że dość długo się łudzi­łam, że jeste­śmy jed­nak inni… Bogatsi, bo mamy tę wraż­li­wość na trudne wyzwa­nie, jakim jest tango… Nie­stety teraz wiem, że wszyst­kie ułom­no­ści życia codzien­nego prze­no­simy na nasz tan­gowy grunt. Uwa­żam, że tylko poprzez obna­ża­nie nie­sto­sow­nych postaw i zacho­wań możemy skło­nić ludzi do refleksji.

To nie­moż­liwe, żeby­śmy byli w tangu inni, niż jeste­śmy w życiu. Co do orga­ni­za­to­rów, myślę, że każdy z nas robi swoje – i jed­nak wspól­nie roz­wi­jamy tango. Jako grupa ani­ma­to­rów tanga robimy dużo. Poza tym znamy się, spo­ty­kamy, zapra­szamy, współ­or­ga­ni­zu­jemy. Bar­dzo cenię tę sytu­ację i postawy poszcze­gól­nych osób. Nie wydaje mi się, aby oso­bo­wo­ści bez­po­śred­nio się ście­rały, żeby ktoś z kimś kon­ku­ro­wał… Od lat nie mam takiego wrażenia.

Prze­cież korzy­stasz z Facebooka.

Tak, ale tam nie­które sprawy są kre­owane, a kre­acja zakłada pewien dystans. To nie jest tak, że ktoś jest do gruntu zły czy zło­śliwy. W danej chwili nakłada tę cechę na sie­bie i kreuje jakąś sytu­ację, która może być dla wielu nie­wy­godna. Dla­tego nie zwra­cam na to uwagi.

Wcze­śniej cho­dziło o ambi­cję. Zało­że­niem naszym i sto­wa­rzy­sze­nia było współ­dzia­ła­nie, idea gru­po­wo­ści. Mie­li­śmy być i dzia­łać razem. Przez dłuż­szy czas się uda­wało, ale w pew­nym momen­cie ktoś stwier­dził, że chce być soli­stą. I osoby z taką potrzebą ode­szły. Trudno mi było to zro­zu­mieć, bo… to było dla mnie obce… takie podej­ście… Kiedy jedna z osób powie­działa, że robi milongę… Moja reak­cja: świet­nie! Robimy milongę! Ale nie… Nie my robimy, tylko ktoś robi… Potrze­bo­wa­łam dużo czasu, żeby się do tego przy­zwy­czaić. Oczy­wi­ście orga­ni­zo­wa­li­śmy także wspólne milongi: Pod Pał­kami, w klu­bie Magnum… Ale powstała też ta pierw­sza, która nas nie potrzebowała.

Ale zobacz: osoby, które nie chciały two­rzyć spo­łecz­no­ści, tylko grać na sie­bie – już ich nie ma wśród nas. A nasza grupa znacz­nie się roz­wi­nęła, jest nas cał­kiem spory tłu­mek w wielu zakąt­kach Polski.

Tak! Spo­łecz­ność roz­wi­nęła się dzięki bez­in­te­re­sow­nemu zaan­ga­żo­wa­niu wielu osób. To była fajna przy­goda… Sta­ra­li­śmy się być wszę­dzie. Robi­li­śmy pokazy, orga­ni­zo­wa­li­śmy zaję­cia… Tam, gdzie zna­leź­li­śmy kawa­łek miej­sca, włą­cza­li­śmy sprzęt i tań­czy­li­śmy. Poszcze­gólne miej­sca w War­sza­wie zostały wytańczone.

Jedni pusz­czali na boom­bo­xie disco, a grupa sza­leń­ców tango…

Tak wła­śnie było (śmiech). Ludzie przy­sta­wali, pytali, dołą­czali… Wia­domo, że na ileś osób zain­te­re­so­wa­nych zaczy­nało tań­czyć kilka, ale liczy się każdy. Po tych doświad­cze­niach wiem jedno: jak ktoś zetknął się z tan­giem, to ono na zawsze jakoś w nim zosta­nie. Nawet lek­kie muśnię­cie nim pozo­sta­wia deli­katny ślad. Zda­rza się, że ludzie wra­cają do tanga po sze­ściu, ośmiu latach… Wspo­mi­nają pierw­sze milongi… To są dla mnie nie­sa­mo­wite spo­tka­nia, cze­kam na nie.
czy­taj dalej »

5 Comments

  1. visi­tors. as you work on mar­ke­ting yo#;ou8230rbl&g, and add more quality posts, you will see your reader­ship incre­ase gradually.once you have achie­ved a ste­ady amo­unt of readers, and have a sub­stan­tial amo­unt of quality posts, you will want to apply for a google adsense acco­unt. because google…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.