Tango to droga – wywiad z Igorem Chmielnikiem

Igor Chmielnik
Musical Moulin Noir

Czym dla ciebie jest tango?

To droga. Im dłużej nią idę, tym wyraźniej widzę, jak ona jest długa. Jestem na etapie: tańczę tyle. Nie wiem, co będzie za cztery lata. Dla mnie to jest jak sinusoida. Mam momenty kryzysu, gdy nienawidzę wszystkiego, co tańczę; wszystko mnie nudzi i nie mogę doszukać się satysfakcji. Pustka. Wtedy sieję: intensywnie się dokształcam, gonię za warsztatami i buduję mój system. Jak przyjeżdżam do Warszawy, biorę lekcje z bardzo podstawowych zagadnień; objęcie, chodzenie, giro… Potem przychodzi zbieranie owoców, co daje ogrom przyjemności. Moje kolejne etapy są takie, że coś już mam, poniżej czego nie zejdę. To poczucie bycia w drodze jest fantastyczne. Trudno jest jednoznacznie określić, czy życie ma jakiś jeden sens, czy jest jakiś konkretny cel. Znalezienie się na drodze pozwala nadać życiu ostry charakter.

Co, oprócz przyjemności płynącej ze spotkania w tańcu mężczyzny z kobietą, daje ci tango?

Ono daje różne rzeczy, w zależności od tego, na jakim się jest etapie. Zanim zacząłem tańczyć, byłem takim chłopaczkiem, który na wszystkich imprezach podpierał ściany. Kiedy moi koledzy doświadczali różnych rzeczy właściwych dla naszego ówczesnego wieku, ja byłem z boku. Potem zacząłem trenować jedną ze sztuk walki – japońską szermierkę kendo. Wtedy do mnie po raz pierwszy dotarło, że jak człowiek usystematyzuje swój ruch, to zyskuje więcej, niż człowiek ruszający się spontanicznie, ale chaotycznie. Podobnie jest z tangiem. Ludzie, którzy w ogóle nie słyszeli muzyki, po włożeniu wysiłku w naukę ruchu mogą tańczyć! To jest niesamowite doświadczenie, takie, którego nie znałem, chociaż mi było łatwiej, bo dziewięć lat grałem na skrzypcach. Samo przeżycie ruchu w muzyce i wyrażanie siebie… Chodzi mi o impresję, a nie o robienie czegoś na pokaz.

Coś jeszcze?

Moje życie płynie na fali pasji: miłości rozumianej szeroko i wąsko, aktorstwa, tanga. Tango to nie jest hobby rozumiane jako dodatek. Pójście na milongę nie jest tożsame z pójściem na imprezę. Dla jasności: nie wieszam się na tangu, ono nie jest moim życiem. Dzięki tangu znalazłem coś, ale gdybym oddał mu całe życie, to nie byłoby to. Chociaż pasja, jakakolwiek, to według mnie sposób na życie.

Co, według ciebie, jest w tangu charakterystyczne?

Bezwzględnie wyostrzają się cechy przynależne do płci, czyli moje poczucie tego, co znaczy, że jestem mężczyzną i jaka potrafi być kobieta. To buduje poczucie pewności siebie. Poza tym tango wpływa na dojrzałość, także tę życiową. To cały czas jest proces. Moment, w którym powiem, że ja już wiem wszystko o tangu, to będzie, tak myślę, jakaś śmierć. Człowiek, który mówi: „Wiem!”, niczego się już raczej nie dowie. Wszystko, co mówię teraz, to są moje przeczucia, ale to wcale nie jest ostateczne. Powiem tak na marginesie, że ilekroć jakiś temat dociera do głębi mnie, to nie potrafię siedzieć spokojnie, tylko mnie całego telepie. Nic nie mogę na to poradzić. Bardzo często mnie to zawstydza, że siedząc i rozmawiając muszę mocno trzymać stół, bo się cały trzęsę. Tango jest właśnie taką sferą mojego życia, że rozmowa o nim sięga najgłębiej.

Między innymi dlatego się spotkaliśmy. Tych, którzy będą to czytać, interesują najgłębsze przemyślenia i najprawdziwsze doznania ludzi, których postrzegają jako pasjonatów. Nie wszyscy, którzy tańczą, tak to czują. Mężczyźni bywają wycofani i proszą dopiero wtedy, gdy niby przypadkowo zamienią zdanie lub dwa przy barze albo w holu.

To prawda. Odwaga… Zachęcam do tego, żeby na każdej milondze prosić kobietę, z którą się do tej pory nie tańczyło; żeby prosić lepsze od siebie. Takie podejście też może czegoś nauczyć. Poza tym trzeba mieć odwagę, żeby objąć partnerkę, pewnie wejść w sacadę. Mężczyzna musi wiedzieć, że on tam dotrze i że tam się znajdzie. Fantastyczną uwagą przekazaną mi w tajemnicy przez jednego Argentyńczyka było: „Imagine you want to fuck her!” Oczywiście to nie ma nic wspólnego z tym, że tańcząc chcę odbyć stosunek z tą kobietą. To jest bzdura i nigdy o tym nie myślę, ale krok do przodu jest uczynieniem kobiety gotową, danie jej projekcji powoduje, że jej noga się wysuwa… Wejście tam, gdzie ona jest, to silna ingerencja w jej przestrzeń.

Jeśli chodzi o odwagę kobiet, dotyczy to w ogromnej mierze objęcia. Żeby objąć w sposób pełen, dać partnerowi prawdziwe abrazo. Pomijam głupoty typu „posmyram go po szyi” ? to jest żenujące i niesmaczne, brzydzi mnie to w najwyższym stopniu. Dziewczyny zakładające mini, myślące, że tango to taka trochę inna salsa… Nieporozumienie. Tak samo jak mężczyźni, którzy przychodzą na milongi, żeby dotykać kobiet w sposób niewłaściwy i czerpać z tego satysfakcję. Na szczęście nie jest to zjawisko powszechne. Dodam, że nie ma żadnego trzymania. Jest bliskie lub dalekie objęcie.

Igor ChmielnikCzy musimy się odwoływać do Argentyńczyków?

Nie do wszystkich, ale na naszym etapie tak, bo oni są blisko źródła. To niegłupie, żeby grając Chopina zrozumieć polskość. TAMtatam… taraTARAtaratam… (śpiewa fragment Poloneza ? As dur Op. 53). Zresztą jest zgodność, bo w tangu daje się znaleźć nuty Wieniawskiego i Chopina. Z całym szacunkiem dla różnych pomysłów ? nie jestem za tym, żeby tańczyć Chopina.

To ma posmak alternatywy.

Czynienie z niej ideologii jest dla mnie zgrozą. Alternatywna zabawa niech sobie będzie, świetnie, że są środowiska mające regularną milongę ? to katalizuje wszystkie środowiskowe potrzeby, ale próby wtargnięcia i wymuszanie na organizatorach, żeby otworzyli się na te inne środowiska, moim zdaniem jest nietrafionym pomysłem. Alternatywa niech będzie tam, gdzie jest jej szczęśliwe miejsce, ale nie otwierajmy na nią całego tanga. Szekspir jest Szekspirem. Mogą być wariacje na temat Hamleta, zmieniają się przekłady, ale jednak Szekspir jest pisany wierszem, ma esencję, zawiera wszystko. Można go wystawiać na różne sposoby, niekoniecznie robiąc średniowiecze. Hamlet może być ubrany w dżinsy, ale jak zacznie mówić co innego, to mogę uznać, że nawet przedstawienie jest ciekawe, lecz to NIE Hamlet. Tak samo można tańczyć tango korzystając z techniki nuevo, nie rezygnując z formy. Nawet w Berlinie, Mekce „nłewowców” (Tango Loft ? red.), nie widziałem wymiataczy. Były to raczej popisy kończące się chaosem strukturalnym. Nie widziałem w tym sensu.

Z jakimi partnerkami lubisz tańczyć? Co one muszą w sobie mieć, żebyś czuł z tego przyjemność?

Dla mnie kobieta ? to jest najciekawsze, najrzadsze, a jednocześnie dla mnie najważniejsze ? musi mieć osobowość. Nawet jeśli kobieta technicznie świetnie wypełnia te założenia, które ja jej proponuję. Chcę czuć, że ona nie podąża, a tańczy ze mną; że realizując moje propozycje, proponuje siebie, w wymiarze muzycznym i interpersonalnym. Chcę czuć, że to, co tańczymy, coś znaczy. Oczywiście dotyczy to historii, którą tańczymy. Nie krok do boku, giro, kolejna sacada, tylko opowieść, w której osoba ze mną tańcząca jest silną jej bohaterką. Przestaje mieć znaczenie, że ja prowadzę, ona podąża; że ja proponuję, ona interpretuje. Razem stajemy się jedną historią i to jest fantastyczne doświadczenie.

Do tego nawet nie potrzeba znakomitych umiejętności, rewelacyjnego voleo itd. To bardzo pomaga, ale są partnerki, które zbytnio się na tym skupiają, zwłaszcza jak tańczą z partnerem, który więcej umie, wie. Boją się dodać coś od siebie, być może osobowościowo nie są na to gotowe. Tango to odwaga do przyznania się, kim się jest, ale to coś, czego się nie opowiada w życiu codziennym. To nie musi się zawierać tylko w pasji czy dramacie ? to zależy w dużej mierze od muzyki, ale też od chemii między partnerami. Często też dotyczy to mnie samego, czy jestem na to gotowy, ale to się odnajduje w pierwszym objęciu i pierwszym kroku. Wtedy już wiem: czy będziemy szukać naszej historii, czy my jej nie znajdziemy (zamyślił się, westchnął…).

Osobowość, gotowość do bycia razem tu i teraz, to jest zrozumiałe…

Czekaj, muszę coś dodać. Są kobiety, które chcą sprawić wrażenie, że rozumieją tango, że ono dotyka ich duszy. Ale zdarza się, że gdy razem tańczymy, nie ma zgodności, bo dla mnie coś jest serio, a ją to śmieszy, ale nie dlatego, że jest śmieszne, tylko że jest za dużo. Może być tak, że moja propozycja jest nieadekwatna. Kiedyś rozmawiałem z jedną kobietą i powiedziałem, że być może dlatego że dawno nie tańczyliśmy, a może zmiana butów na szpilki spowodowała, że znaleźliśmy się, a wcześniej ? miałem tę bezczelność i odwagę, żeby jej to powiedzieć ? czułem, że ona rozumie tango, ale nie w tańcu. Odpowiedziała mi ? też odważnie i szczerze: „Igor, ja po prostu strasznie się wstydziłam…”. Aneta Skirko w pierwszym numerze Tango No8 napisała piękny tekst o obecności w tangu. Ja się pod nim absolutnie podpisuję. Obecność w tangu jest najważniejsza. Tego szukam.
czytaj dalej ?

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Anna Kossak

Psycholog, trener i coach. Autorka książki "Pasja budzi się nocą". Doświadczona miłośniczka życia, kochająca zwierzęta, podróże i tango argentyńskie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X