Tango to droga – wywiad z Igorem Chmielnikiem

Igor Chmielnik
Milonga Equilibrium, 2012

Poruszyłeś temat miłości, więc go pociągniemy. Dzięki swojej kolejnej pasji, którą jest tango, znalazłeś miłość.

I co ja mam ci odpowiedzieć? Do tanga trzeba dwojga. Ludzie przychodząc do tanga często są już w związku, czasem go szukają i wtedy różne rzeczy się dzieją. Milonga i wspólna praca nad tangiem ? jeżeli się takiej podejmują – jest ogromnym poligonem dla ludzi, dla relacji. Z tej walki można wychodzić mniej lub bardziej zwycięsko. Jak ktoś przez to przechodzi, to pięknie, bo gdy tango spotyka się z miłością, to często nie jest wcale takie proste. To jest tak jak z życiem: można na nowo ciągle genialnie się znajdować, ale można nie przetrwać. Ludzie mogą się fantastycznie kochać i bardzo źle znosić wspólne milongi.

Jestem szczęśliwy, że wspólnie z Beatą dzielimy tę samą pasję. To nam daje pole do ciągłych odkryć, przekomarzań, wielkich kłótni i ogromnych pogodzeń, fantastycznych przeżyć. Tango pozwala się spotkać w takiej formie, w jakiej jest to niemożliwe w życiu codziennym, gdzie zapał i zapłon mogą być błyskawiczne. Tango właśnie takie nie jest. Jeśli ludzie wpadają sobie w ramiona i namiętność wybucha w ciągu jednej nocy, to oni i tak nie poznają siebie w taki sposób, w jaki doświadczą poznania siebie ci, co tańczą tango. Inna jest historia serca i inna ciała. Ostatnie trzy minuty życia, gdybym takie miał, chciałbym przeżyć tańcząc tango z ukochaną osobą.

W tej chwili radzicie sobie z miłością na odległość. W jaki sposób?

To ja sobie kupię coś do picia… (pobiegł, na szczęście wrócił, ale otwartość chwilowo zniknęła). Nie wiem, dlaczego miałbym odpowiadać na to pytanie w kontekście tego
wywiadu?

Tango wam się splata z życiem. Poza tym powiedziałeś, że lubisz innych inspirować, a wiele par w dzisiejszych czasach jest w takiej sytuacji. Może po prostu coś komuś podpowiesz?

No tak, tango bardzo często opowiada o rozłąkach… Takie życie, mówiąc wprost, jest trudne, ale uczy też tego, że warto wracać do siebie. Nie my do siebie nawzajem, bo to oczywiste, tylko każde z nas do siebie samego. Nasza relacja jest bardzo intensywna. Jak jesteśmy razem, to mało jest miejsca na nas osobno, bo jesteśmy tylko my. Będąc osobno, bogatsi o to, że przecież jesteśmy razem, możemy odnajdować i budować siebie. Gdybym był tutaj, to dla mnie nie jest życie: widywać się. Dla mnie życiem jest być ze sobą, w sensie dosłownym.

Średnia wieku polskich tancerzy tanga argentyńskiego jest niższa niż na świecie, jednak powszechnie mówi się, że jest to taniec mężczyzny po przejściach i kobiety z przeszłością. Skąd tobie przyszło do głowy, żeby tańczyć akurat tango?

Mój przyjaciel z Krakowa, Michał Gabryś, obecnie nauczyciel tanga argentyńskiego, szukając swojej drogi trafił właśnie na tango. Snuł o nim barwne opowieści. Biorąc pod uwagę moją naukę w szkole muzycznej, muzyka klasyczna nie była mi obca, ale tango mnie śmieszyło: stare nagrania, staroświecka muzyka… Michał zaczął przyjeżdżać do Warszawy. Zorientowałem się, że nie do końca przyjeżdża dla mnie, tylko po to, aby pójść na milongę. Poszedłem z nim i przeżyłem… (faluje całym ciałem, oczy na zmianę: szeroko otwiera, by za chwilę kompletnie je zmrużyć) Szok. Zachwyt. To było po prostu fantastyczne. Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje! Że to jest improwizowane; że nie jest to wyuczona choreografia, tylko ludzie po prostu tańczą! Towarzyszyłem mu kilka razy, aż pewnego dnia ? po około 3 miesiącach, spakowałem jakieś buty i postanowiłem zacząć.

Czy można powiedzieć, że tango znalazło ciebie?

Tak. Ja go nie szukałem, ale jak już mnie zagarnęło, to okazało się, że wypełniło niszę, która do tej pory w moim życiu była pusta, a na jej dnie było napisane: tango. Poczułem się kompletny.

Rozpocząłeś intensywną naukę?

Niezupełnie. Poszedłem na kwartalny kurs do Złotej Milongi. Jako niepracujący młody człowiek nie miałem wtedy zbyt dużo pieniędzy, ale miałem szczęście: Jakub (Korczewski, właściciel szkoły Złota Milonga ? red.) zobaczył, że mam do tanga dryg, zagarnął dwie kobitki i powiedział, że umówił mnie z nimi na milongę. Trochę się wzbraniałem ? byłem po dwóch lekcjach! On powiedział, że to nieważne. Więc poszedłem i tańczyłem.

Igor Chmielnik i Anna Kossak
Z autorką wywiadu na milondze karnawałowej w klubie Złota Milonga, 2012

I jak było?

Jakoś (śmiech). Potem nastał długi czas, kiedy wcale się nie uczyłem, tylko szalałem. Zachłystywałem się tą esencją tanga, którą jest dla mężczyzny spotkanie z kobietą i wspólne tańczenie. Jeden z nestorów powiedział mi, żebym jak najwięcej prosił, więc poszedłem tą drogą. Kobiety cudownie omijały mnie wzrokiem, a ja, nieopierzony, stałem i bezczelnie patrzyłem, nie wiedząc, że one doskonale mnie widzą. Pomyślałem: nie chcesz tańczyć – to mi odmów! Nie masz odwagi patrzeć mi w oczy? Strzelałem nawet fochy. To było doprawdy żenujące.

Z perspektywy widzę, że nauczenie się kodów w tangu bardzo ułatwia komunikację. Ale generalnie bardzo mi wszystko pasowało: energia, indywidualność, możliwość interpretacji muzyki. To trwało pół roku, aż któregoś razu zgodziła się ze mną zatańczyć Beata Maia Gellert. Było to na festiwalu tanga (2008 rok ? red.). Powiedziała, że wszystko jest super, ale że w ogóle nie mam techniki. Co za cios… Więc poszedłem do niej na lekcje i to mnie zdruzgotało.

W jaki sposób?

Maia słynie z tego, że precyzyjnie i strukturalnie uczy techniki tanga. Już na początku pomyślałem: o Boże… Nie miałem pojęcia o dziewięćdziesięciu procentach tych miejsc i części ciała, które ona we mnie znalazła i powiedziała, jak mają funkcjonować. Ustawiła mnie w jakąś niemożliwą pozycję. Myślałem, że jestem cały powyginany! A ona na to: spójrz w lustro. Zobaczyłem, że nigdy w życiu tak pięknie i tak prosto nie stałem. Wow… (przewraca z zachwytu oczami).

Faktycznie to był przełom?

Dramatyczny. Stanąłem na drodze frustracji i ograniczania: żywiołowości, nieskrępowanej energii. Okazało się, że dla mnie jest to jedyna droga. Znam wielu ludzi, którzy długo tańczą, ale nie wkraczają na nią, bo nie wnikają w strukturę tanga. Traktują to jako ograniczanie osobowości. Ponieważ tańczą swobodnie, „wychodzi” im prowadzenie do wielu figur, to w ich mniemaniu to wystarczy. Oczywiście tak długo, jak znajdują w tym przyjemność, pasję i kobiety, które na tę zabawę z nimi idą lub nie odmawiają, bo na przykład nie mają innych partnerów ? jest w porządku, ale jednak różnica jest.

W czym?

Odczuwalny poziom przyjemności, gdy człowiek potrafi zorganizować swoje ciało i dostosować się do partnera, jest nieporównywalnie większy. Ta przyjemność płynie wtedy ze świadomego kontaktu. Czym innym jest przyjemność płynąca z pierwotnych instynktów, czyli samego przebywania mężczyzny z kobietą: emocje i przeżycie muzyki, ale jakość i komfort, kiedy czuję, że płynę z partnerką w harmonii, jedno przechodzi w drugie… To jest piętnaście kroków na milondze. To nawet nie jest jedno tango.

W tangu przede wszystkim się chodzi.

Chodzenie jest podstawą, ale nie chodzi się po prostu po sali. Idziemy razem dokądś, po coś, do jakiegoś miejsca: do szczęścia, miłości, opieki – gdziekolwiek.
czytaj dalej ?

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Anna Kossak

Psycholog, trener i coach. Autorka książki "Pasja budzi się nocą". Doświadczona miłośniczka życia, kochająca zwierzęta, podróże i tango argentyńskie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X