Tango and Chaos in Buenos Aires – Sunderland

Oto i trzeci odcinek opowieści Tango and Chaos in Buenos Aires autorstwa Ricka McGarreya, będącej jego pamiętnikiem z tangowej podróży do Buenos. Poprzednią cześć znajdziecie tutaj, a początek historii – pod tym linkiem.

Środa, 19 grudnia 2001
Ostatniej nocy wybraliśmy się do Sunderland. Wcześniej trafiłem na zajęcia z Osvaldo Natuccim w El Beso, po czym plan dnia przewidywał długi wypad autem z dziewczynami na obrzeża miasta. Swój wolny czas spędzałem ze współlokatorkami. Malena, miejscowa Porte?a jest profesjonalną tancerką ludową i uczy Chacarery (argentyński taniec ludowy), ale tango zna raczej słabo. Dała mi jedną lekcję i przyznam, że mi się spodobało. Taniec jest pełen pasji i wymagający fizycznie, tyle że w Tucson jego znajomość nie przydałaby mi się na wiele. Druga współlokatorka – Renee – jest uroczą instruktorką tanga i surfingu z San Diego. Jej typowo kalifornijska blond-aparycja rozkłada tutejszych mężczyzn na łopatki, wydzwaniają tu jeden po drugim…

Lekcja z Natuccim wyszła bardzo dobrze. Powiedziałem o swoich problemach, w tym braku pewności siebie. Ale moje kłopoty z tangiem to nie tylko psychika. Wszystko ma swój początek w bardzo podstawowych trudnościach technicznych, których doświadczam w tańcu z tutejszymi genialnymi tancerkami. Trenuję zawzięcie, ćwicząc krok każdego dnia, chodząc na zajęcia i tańcząc na zatłoczonych parkietach. Przez większość swojego życia uprawiałem taki czy inny sport i wiem, ile pracy może wymagać wyuczenie się nowych ruchów. Próby wprowadzenia większych zmian w mojej technice tańca nie raz wyprowadzały mnie z równowagi. Przez jakiś czas myślałem wręcz, że złe nawyki wrosły we mnie tak głęboko, że nie pozbędę się ich już nigdy. A jednak pochwalę się opowieścią o tym, jak wszystko to zaczęło wreszcie należycie funkcjonować…

Podejście na „kota-bociana-słonia-orła” zaczyna działać, wyraźnie poprawiając mój krok. Na dodatek nadludzką siłą woli udaje mi się zachowywać właściwą posturę. W efekcie całość zaczęła wreszcie wyglądać należycie, przynajmniej podczas paru godzin zajęć. Na samym początku Natucci włączył Pugliese i wypuścił mnie na parkiet ze starszą siostrą potranca [potranca to po hiszpańsku klacz wyścigowa], jego własną taneczną partnerką. Pisałem już o tym, jak łatwo się z nią tańczy. System wygląda tak: Natucci obserwuje nasz taniec, następnie oboje się naradzają i sugerują poprawki. Żadnych nowych kroków – przynajmniej dla mnie. Przy tym taniec trwa zazwyczaj jakieś 10 sekund.

Osvaldo NatucciWięc zaczynam tańczyć – i mam wrażenie, że wszystko idzie dobrze. Pierwszy raz, odkąd tutaj jestem. Na sali są lustra i zdaje się, że wyglądaliśmy również odpowiednio. Czułem się na tyle komfortowo, że nie byłem nawet świadomy obserwujących nas ludzi i wczuwałem się w Pugliese, do którego normalnie nigdy bym nie zatańczył. Przy właściwej posturze i połączeniu między partnerami czujesz tancerkę na tyle dobrze, że gdy Pugliese już próbuje wyciągnąć dywan spod waszych stóp, dasz jej jeszcze chwilę na upiększenie kroku. A przy właściwym kroku nawet do nieuchwytnego rytmu Pugliese można prowadzić za pomocą klatki piersiowej. Wszystkie elementy układanki trafiają na swoje miejsce. Dopełniliśmy tak dwóch tańców, z Natuccim biegającym wokół jak sędzia w walce o mistrzowski pas. Na koniec piękna siostra obdarowała mnie szerokim uśmiechem i okrzykiem Que porte?o! Dla mnie był to naprawdę duży komplement, za który podziękowałem ciepłym uściskiem. Rozmowa między nią a Natuccim odbyła się w ekspresowym tempie; siostra tylko kręciła głową i powtarzała No, no, bien, bien. Aprende bien. Inna kobieta, z którą zdarza mi się tańczyć, podeszła do mnie z uśmiechem i uściskała mnie. Musiałem zaliczyć swojego rodzaju test, bo później podeszła do mnie jeszcze młodsza potranca i powiedziała, że Natucci chce zobaczyć wszystkie znane mi kroki. Todos los pasos? Si. Todos. Todo coreografia. Nie chciałem się przyznawać, że więcej kroków nie znam… Przez kolejną godzinę wypróbowywałem różne elementy, które pamiętałem z zajęć z Anną Marią i nagrań Tete. Natucci poprawił to i owo, ale trening był tak wyczerpujący, że po każdych 10 minutach tańca z siostrami musiałem siadać i odpoczywać. Natucci tylko się uśmiechał.

Współlokatorki zgodnie z czasem pojawiły się, by mnie odebrać. Miałem nadzieję, że zobaczą moje taneczne popisy, ale zastały mnie siedzącego na krześle, z miną zamęczonego uczniaka. Na początku wizyty w Buenos nie tańczyłem zbyt dobrze, więc Renee spisała mnie na straty, wychodząc na parkiet z uganiającymi się za nią miejscowymi. Malena, która sama nie tańczy tanga, słyszała, że zapisałem się na zaawansowany kurs, więc sądziła, że tańczę całkiem nieźle. Aż któregoś wieczora usiadła w klubie obok swojej przyjaciółki, która występuje w widowiskach tangowych (na marginesie – przyjaciółka okazała się córką legendarnej Marii Nieves!). Ja tańczyłem, a Malena słuchała litanii o wszystkim, co robię źle. Tyle w temacie respektu u współlokatorek.

Wcisnęliśmy się do auta Maleny na wycieczkę do Sunderland. Jazda z nią jest zawsze fascynującym przeżyciem, najeżonym „mało brakowało”, krzykiem i różnego rodzaju nieprzystojnymi gestami wymienianymi z resztą użytkowników drogi. Właściwie wszyscy tu tak jeżdżą. Którejś nocy zachorowała i musiałem odwieźć ją do szpitala w jej starym, poobijanym wozie (wyjątkowo trudnym w prowadzeniu) – to było przerażające! Jadąc powoli, przyklejony do krawędzi szosy, starałem się unikać nadjeżdżających ciężarówek, prawie fruwających taksówek i samobójców powracających z klubów. Nie żartuję – pewnej nocy, kiedy wracaliśmy z Catedral, nasz taksiarz rozbujał wóz do 115km/h na zwyczajnej miejskiej uliczce. Co zresztą nikogo nie zdziwiło. Malena mówi, że tutejsi chuligani napełniają kartony mleka tanim alkoholem i narkotykami, po czym popijają ten paskudny wywar na meczach przed rozróbą. Taksiarz widocznie również sobie strzelił.

Stanęliśmy po drodze, żeby zgarnąć Juana Carlosa, wtajemniczonego milonguero trzymającego się z Carlosem Capello i Gavito. Jest na tyle ważny, że zapowiadał Zotto na jego występie w Ni?o Bien w zeszłym tygodniu. Zakochał się w Renee – dziewczynie z San Diego – a my dzięki niemu nie musimy płacić za wstęp na milongi. Jechał swoim autem, a my podążaliśmy za nim, ale Juan wciąż się gubił. Gdy po raz trzeci wylądowaliśmy na tym samym skrzyżowaniu, zapytałem Maleny czy nie byłoby prościej zapytać kogoś o drogę. On nie może nikogo zapytać o drogę, on jest MILONGUERO!, odpowiedziała, przewracając oczami tak, jak kobiety na całym świecie robią opisując mężczyzn.
W jej słowniku „milonguero” znaczyło „idiota”.

Milonga SunderlandWreszcie odnaleźliśmy Sunderland. To bardzo ciekawy budynek na cichej podmiejskiej uliczce, z barem od frontu i korytarzem wiodącym do starego boiska do koszykówki. Boisko jest znane w okolicy, choć gra na podłodze z płytek musi być zdradliwa… I oto wspaniały widok – jest nieformalnie, niezbyt tłoczno, tańczą pary w każdym wieku, w tym wiele starszych osób. Wielka różnorodność w tangu; na parkiecie można zobaczyć wszystko, co kiedykolwiek zostało wymyślone w temacie. Drobniutkie pary staruszków chwieją się wkoło w tańcu, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem, a jedna para tańczy w ten sposób, że mężczyzna prostuje kciuk lewej dłoni, a drobniutka kobieta uwiesza się na nim. Wyglądają przy tym, jakby tańczyli tak od sześćdziesięciu lat.

Jak tylko weszliśmy, konferansjer ogłosił przybycie Juana Carlosa. Ten z kolei nie przestawał się śmiać, wskazując mi różne zabawne rzeczy, jakie robili ludzie wokół. Atmosfera była luźna, pozbawiona tangowej adrenaliny. Siedzieliśmy wszyscy razem przy stole, aż Renee zaprosiła mnie do tańca. Byłem zaskoczony, bo jak dotąd podczas naszej trzytygodniowej znajomości tańczyliśmy razem tylko raz – na początku. Renee jest świetną tancerką i wiem, że nie ma wysokiej opinii o moich umiejętnościach. Ponadto tańczymy w dwóch różnych stylach. Renee jest niewysoka i nie przechyla się zbytnio, ale na luźnym parkiecie taniec wyszedł dobrze. Po mnie zatańczyła z Juan Carlosem i powiedziała mi ciekawą rzecz. Otóż tańczą razem od wielu tygodni na różnych milongach, a tym razem – po raz pierwszy zresztą – Juan był wyraźnie nerwowy. Jest profesjonalnym milonguero, a jednak miał tremę!

Rozejrzałem się wokół i rozpoznałem wiele twarzy, znanych mi z obejrzanych wcześniej filmów dokumentalnych o tangu argentyńskim. Byłem pełen podziwu dla jednego z młodszych tancerzy i rozpoznałem w nim Gustavo Naveirę. Juan Carlos zaczął przedstawiać mi obecnych na sali tancerzy i zdałem sobie sprawę, że mój wyluzowany taniec odbył się pośród żywych legend tanga argentyńskiego! Ba – dwukrotnie wpadłem na innych tańczących! Zacząłem przyglądać się zgromadzeniu świeżym okiem i dopiero wtedy poczułem w tej starej sali prawdziwy klimat tanga.

Starsze pary były niesamowite. Patrzyłem w ich twarze i próbowałem wyobrazić sobie, co też mogli zobaczyć w swoim życiu. Mężczyźni byli doskonale ubrani w dopasowane garnitury, do tego świeża fryzura. Obok nas stał stolik obsadzony przez starszych panów, w którym z miejsca się zakochałem. Chciałem do nich dołączyć. Wciąż się śmiali i śpiewali do rozbrzmiewającej muzyki. Pary tańczyły obok, a oni zamęczali niektóre z nich, ciągnąc mężczyzn za marynarki i chwytając kobiety. Panie odpowiadały na to markowanym uderzeniem przechodzącym w całusa. Następnie całowali się sami mężczyźni (argentyńska płeć brzydsza wciąż się ściska i całuje; któregoś dnia sam ucałowałem swojego fryzjera po tym, jak mnie dobrze przystrzygł). Tańczące pary czasem machały do innych tancerzy lub podejmowały z nimi rozmowę. Znam takich, którzy na czas tańca przyjmują groźne marsowe miny, jak gdyby szli na wojnę, i wpadają w furię, gdy ktoś próbuję do nich zagadać; twierdzą, że tradycja Buenos Aires nakazuje milczenie. Mit obalony. Wieczór był wspaniały, dopełniony występami starych tangueros. Oczywiście zapomniałem aparatu.

Wieczór miał również swój mały dramat. Główny pokaz miał należeć do Gustavo Naveiry, który był cały nabuzowany na myśl o występie przed legendarnymi tancerzami. W ostatniej chwili Javier i Geraldine (w tamtym czasie na topie wśród młodych tancerzy Buenos) zostali również poproszeni o taniec. Skorzystali z zaproszenia i wywołali swoim występem burzę oklasków, którą Gustavo najwyraźniej odebrał jako zniewagę. Dowiedziałem się o tym później od Juana, który powiedział, że przyjęcie takiego zaproszenia przez inną parę podczas wieczoru Naveiry było poważnym naruszeniem tangowej etykiety. Około 4 nad ranem zdecydowaliśmy się wracać do miasta na milongę La Viruta. Byłem zmęczony i jak tylko dojechaliśmy, poprosiłem taksówkarza, żeby na mnie zaczekał, bo wiedziałem, że za chwilę będę wracał do siebie.

Weszliśmy (nie płacąc – moc Juana Carlosa), było tłoczno, wyszedłem. Ze względu na niebezpieczeństwo porwania, dobrze jest znać swojego taksówkarza. Ten podwoził mnie już po raz drugi, a – wierzcie lub nie wierzcie – zdarzyło mi się także podróżować z tym samym kierowcą trzy razy, zupełnym przypadkiem. Pamiętam jego numer – Radio Taxi 449. Jak tu kiedyś traficie, dzwońcie po niego. Zmusił mnie do rozmowy po hiszpańsku – o tangu, gospodarce, podróży Malika po Patagonii (bez obaw drogie panie, udało mu się wrócić!) i niedrogiej całodobowej knajpce, do której zabrała mnie kiedyś Malena i gdzie stołuje się wielu taksówkarzy – na rogu los Pozos i San Juan.

Powyższy rozdział jest fragmentem opowieści Tango and Chaos in Buenos Aires autorstwa Ricka McGarreya. Będziemy prezentować kolejne jej części, dążąc do pełnego przekładu. Tłumaczenie powyższego fragmentu: Grzegorz Wdowiak.

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Grzegorz Wdowiak

Web developer - tworzy strony i aplikacje internetowe. Wreszcie - pisarz (wciąż) amator. Maniak komputerowy i muzyczny. Do niedawna współtwórca, webmaster i redaktor portalu Tango Nuestro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X