Co nas łączy, co nas dzieli?

Kultura i energia tanga argentyńskiego znajduje swoje ujście przede wszystkim na milongach. To one są spoiwem, łączącym tangueros nieraz i każdego wieczora, siedem dni w tygodniu. Siłą rzeczy jakość milongowych spotkań powinna leżeć na sercu wszystkich tych, którzy współtworzą scenę tangową w Polsce. Może warto zastanowić się, co można zrobić, aby tańczący tango argentino czerpali ze wspólnych spotkań jeszcze więcej satysfakcji? Jakie zmiany w niepisanych milongowych obyczajach wyszłyby nam wszystkim na dobre? Kto powinien być za nie odpowiedzialny? A może tak zadane pytania są jedynie przysłowiowym „szukaniem dziury w całym”?

Zapraszamy do debaty – także na łamach Tango Nuestro. Dziś publikujemy tekst Janusza Tworzyńskiego, będący polemiką do artykułu Jakuba, prowadzącego znaną i zasłużoną Złotą Milongę (tekst artykułu znajdziecie tutaj). Jeśli chcielibyście dodać do dyskusji swoje zdanie, zapraszamy do komentowania bądź napisania własnej polemiki. To, że różnimy się między sobą, bywa problematyczne, ale staje się wielką wartością, gdy własny punkt widzenia przekładamy na konstruktywną krytykę.

Janusz Tworzyński:

Mnie również cieszy, że w środowisku tangowym o tangu ludzie chętnie wyrażają swoje zdanie i dzielą się swoimi odczuciami i preferencjami pod własnym nazwiskiem, ale? nadal jest mi tego mało. Zdecydowanie zbyt mało (choć może po prostu jestem wiecznie niezadowolony). W wielu sytuacjach byłbym ciekaw wrażeń, odczuć czy opinii innych osób, dotyczących: szeroko pojętej kulturowej specyfiki miejsc (w wielu z nich nie bywam albo bywam rzadko), milongowej muzyki, wydarzeń czy wreszcie osobistych przeżyć.

Nie zgadzam się jednak z tezą, że w sumie jednak jest to jeden wielki mętlik i harmider przeciwstawnych interesów i polityk? ? zakładając, że dobrze rozumiem o czym mowa ? czyli o milongowym życiu. Może tak to wygląda z punktu widzenia tangowego biznesu, ale na pewno nie z mojego punktu widzenia i jak sądzę nie z punktu widzenia większości bywalców warszawskich milong. Dla mnie i z pewnością (subiektywną oczywiście) dla wielu osób, tango z całym swoim kontekstem jest bardzo złożonym doświadczeniem, pełnym przyjemności, ale i frustracji. Jest wielowątkową aktywnością (fizyczną, kulturalną, towarzyską, itd.) przesiąkniętą osobistymi znaczeniami, emocjami, nadziejami, marzeniami, zawodami, spełnieniami i niespełnieniami.

Zaryzykuję twierdzenie, że więcej nas łączy, niż dzieli i to w praktyce, a nie w teorii.

  1. Większość z nas chce w tangu się bawić (choć nie wszyscy i nie zawsze bawią się tym samym i w takich samych warunkach).
  2. Większość z nas chce poprzez tango (rozumiane szerzej niż sam taniec, choć w tańcu też) realizować potrzebę bliskości z innymi ludźmi ? bliskości fizycznej, ale też przyjaźni czy zwyczajnie wspólnego przeżywania ważnych rzeczy.
  3. Większość z nas chce się na wiele sposobów doskonalić w tangu (technicznie, interpretacyjnie, feelingowo, kulturowo, itp.), chce stawać się lepszymi ludźmi.
  4. Większość z nas chce w tangu odnajdywać i pielęgnować kawałek prawdziwego, mięsistego życia w świecie otaczającym nas namiastkami, pozorami, tandetą.
  5. Większość z nas chce poprzez tango ? w świecie wykorzenień kulturowych, jednopokoleniowych rodzin, atomizacji społecznej – czuć się częścią jakiejś grupy społecznej, przynależeć.

Można by jeszcze pewnie tę listę ciągnąć i moim zdaniem (o ile inni się z nią identyfikują) wskazuje ona, że to nie są przeciwstawne interesy i polityki. To, co z punktu widzenia komercyjnego organizatora życia tangowego jest wiecznym niezadowoleniem, jest ? moim zdaniem – właśnie przejawem zaangażowania w to, co nas łączy, do czego wspólnie dążymy, a co wymieniłem wyżej.

Dlatego też zgadzam się: dyskutujmy, rozmawiajmy, spierajmy się, nie zgadzajmy się, wyrażajmy odmienne opinie, a potem je nawet zmieniajmy. Ale nie zgadzam się, że chodzi głównie o przyjemność, a w każdym razie nie tak pojętą, jak rozumiem autora ?Postscriptum? ? po prostu jako fun.

Oczywiście, każdy biznesmen kocha klientów zawsze zadowolonych, uśmiechniętych i oczywiście? płacących za jego produkt czy usługę. Klient refleksyjny, wątpiący, narzekający, domagający się ? nawet jeśli jest stałym klientem i generalnie chce kupować mniej więcej taki produkt i za niego płacić – komplikuje życie, utrudnia biznes, tworzy bariery, które biznesmen musi przekraczać albo musi zaadresować produkt/usługę do innej grupy celowej, ryzykując utratę tego upierdliwca. Dlatego też prosty i porywający postulat: dyskutujmy ale na litość Boską po pierwsze dobrze się bawmy bez marudzenia, bo przecież MAMY SIĘ BAWIĆ, a po drugie dyskutujmy ale bez ?szukania dziury w całym? czytam jako rozpaczliwy zabieg PR.

Zgadzam się z tezą, że w Warszawie jako grupa tangowa jesteśmy bardzo rozpieszczeni, bo mamy codziennie milongi, wielu nauczycieli, wiele wydarzeń?. Ale dlaczego nie mamy być rozpieszczeni, zwłaszcza, że wiele tego zawdzięczamy sami sobie (jako społeczność tangowa). Bez wątpienia pierwszych kilka lat tanga w Warszawie i Polsce, a zwłaszcza rozwój tanga jako środowiska ? tzw. grupy odniesienia, to zasługa kilku osób. Moim zdaniem w największym stopniu Jakuba (przynajmniej w zakresie tempa i skali). I nie wnikając w trudne czasy i poświęcenia po drodze, większość z tych kilku osób dziś z tanga po prostu się utrzymuje ? udana inwestycja (niezależnie od harcerskich początków i aktualnych sympatii). Ale ostatnich kilka lat budowy wartości tanga w naszym kraju (nie boję się tych górnolotnych słów, bo wierzę w kulturotwórcze znaczenie tego co się dzieje), to już następne pokolenie ?nas samych? ? waszych uczniów. Niektórzy uczą lepiej od Was i lepiej tańczą, wielu gra lepiej na milongach, większość lepiej rozumie potrzeby środowiska, bo sami je dziś tworzą.

Dlatego też nie skorzystam z wielu sugestii autora ?Postscriptum?. Jeśli coś mi bardzo przeszkadza, to będę o tym pisał, zamiast szeptać z organizatorem na boku; jeśli muzyka nie będzie mi odpowiadać, to będę o tym pisać, a nie tylko siedzieć w kącie czekając na dla mnie fajniejszą; jeśli parkiet będzie tępy, to będę na to narzekać na prawo i lewo, bo szkoda mi moich stawów, a prócz tego uważam (subiektywnie), że umiejętność i praktyka tańczenia na śliskim parkiecie (z wyjątkiem pokazów być może) jest ważna dla rozwoju umiejętności tangowych (łącznie z tymi wokół bliskości i feelingu), a jeśli będę słyszał pomieszanie i poplątanie stylów muzycznych, to też będę o tym pisać, zamiast po prostu wyjść z milongi. Powiem więcej: jeśli będę widzieć ? tak jak regularnie w Złotej ? że adepci tanga (niezależnie zresztą od doświadczenia) traktują milongę jak praktikę i ćwiczą wygibasy nie kontrolując przestrzeni, to też będę o tym pisać i domagać się żeby organizator ? czyli Jakub w tym wypadku ? aktywnie kształtował odpowiednią kulturę milongową. Bo jest różnica między rozpaczliwą nieumiejętnością początkującego ? sam pamiętam, jak po 9 miesiącach z przerażeniem widziałem zbliżającą się ścianę i wiedziałem, że nie wiem jak skręcić ? a tolerowaniem i ?nakręcaniem? dowolnych narcystycznych i aspołecznych zachowań na parkiecie, w imię maksymy ?obyśmy się dobrze bawili?. Jeśli goście milongi przy -17? nie będą za sobą zamykać drzwi, to może ubiorę się cieplej, ale też o tym napiszę, wierząc, że w większości moje koleżanki i koledzy to nie złośliwi idioci, tylko jakoś nie zwrócili uwagi i jak napiszę, to może ktoś kiedyś zwróci tę uwagę. I nie jest to krytykanctwo, ciągła złośliwość, tylko zaangażowanie i otwartość, i pojmowanie prawdziwego życia, jakim jest dla mnie tango, jako więcej niż dobrą zabawę, a współuczestników tego życia jako kogoś bliskiego, z kim chcę porozumiewać się takim jakim jestem i o ważnych dla mnie sprawach wierząc, że te sprawy są ważne też dla innych. Nawet jeśli czasem trudne.

Wywodów na temat starszych i młodszych nie będę komentować, tak jak nie komentuję preferencji seksualnych albo koloru oczu ? na to nie mamy wpływu.

Co się tyczy różnic między Warszawą, a Buenos, czyli wywodów ?odczarowujących? korzenie tanga, to nie umiem w większości skomentować, bo byłem tylko raz ?u źródeł? i to ze 3 lata temu. Chciałbym jednak żeby w Warszawie – tak jak wówczas w Buenos ? wiadomo było na jaką milongę się idzie, jaki będzie miała charakter. Nie jestem zwolennikiem jednego ?słusznego? rodzaju milongi czy stylów tanga ale jeśli już wkładam swoje emocje, czas i pieniądze na bilet, to chcę wiedzieć, czego się spodziewać. A jeśli mam nie wiedzieć, to niech to się nazywa ?Milonga Niespodzianka? (była kiedyś w PRL-u kawiarnia ?Niespodzianka? ? i rzeczywiście taką była).

Teraz odniosę się do marketingowego przekazu, jakim miejscem jest Złota Milonga. No więc przede wszystkim pozwolę sobie się nie zgodzić, że w Złotej Milondze ktokolwiek ZAWSZE radośnie i cierpliwie wita (?) jest nam bardzo miło i przyjemnie gdy przychodzą do nas? ? ktokolwiek i kogokolwiek. Przynajmniej w połowie milong brak gospodarza, który by sprawiał wrażenie, że wita i mu zależy. Ja się zresztą nie dziwię (tak prywatnie), ale jeśli tak radośnie dyskutujemy i możemy się nie zgadzać, to ja właśnie tak. Nie wiem czy mogę wpisać się na listę doświadczonych tancerzy ale myślę, że oni nie zapominają, że kiedyś sami zaczynali, tylko że oni nie przechodzili przez fabrykę tanga, gdzie ważny jest fun i kroki i myki, tylko uczestniczyli w jakiejś przygodzie z argentyńską (lub pseudoargentyńską) kulturą i tradycją, i starali się odkryć (lepiej lub gorzej) ducha tanga. Zamienię ducha tanga na konkret ? mniej narcystycznych kopniaków olewających wszystkich wkoło, a więcej kontaktu, bliskości, uważności dla partnerki/partnera i otoczenia. Sam mnie uczyłeś Jakubie, że tango argentyńskie tańczy się do wewnątrz w parze. Przecież mniej doświadczeni mogą patrzeć na bardziej doświadczonych. I tak się dzieje na przykład na Chłodnej. W Złotej ci mniej doświadczeni w większości wypadków zamiast obserwować bardziej doświadczonych patrzą pod swoje nogi, próbując robić niewiarygodne rzeczy w kontekście braku podstawowej wiedzy o kroku i pivocie, nie mówiąc już o równowadze. A Gospodarz sprawia wrażenie zachwyconego, że się dobrze bawią. Dodam jeszcze, że ? niezależnie od tego, że nie dziwię się, że Gospodarz sam nie jest w stanie wygenerować atrakcyjnych, a nawet poprawnych formalnie tysięcy playlist przez lata Złotej ? muzyka najczęściej jest tu (moim subiektywnym zdaniem) przypadkowa. Wszystko to nie zmienia faktu, że Złota jest i powinna pozostać ważnym miejscem na tangowej mapie Polski, bo jest miejscem historycznych zasług, bo ma wspaniały, unikatowy klimat (razem ze swoimi nieznośnymi specyfikami), bo wreszcie dziesiątki ważnych dziś dla polskiego tanga osób stąd wyrosło. I dlatego w ogóle odpowiadam na ten artykuł zamiast wzruszyć ramionami na marketingowy bullshit.

Postulat, aby wychodzić ze swoich kółek adoracji tangowej uważam za ze wszech miar słuszny, choć z nieco innych powodu niż autor ?Postscriptum?. Nie wiem, co jest zdrowe dla każdego mężczyzny, bo niezbyt zdrowo żyję, ale jeśli tylko moja wyliczanka tego co nas łączy? ma sens, to jest to dobra wyliczanka dobrych powodów przekraczania adoracji.

Mnie się marzy, aby więcej osób właśnie otwarcie komunikowało swój stosunek do rozmaitych aspektów tangowego życia, bo to jedyna szansa, aby osoby na co dzień wpływające na to życie mogły się orientować w naturze, skali potrzeb i wartości społeczności tangowej. Zresztą z korzyścią dla biznesów niektórych z nich.

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Janusz Tworzyński

Kilka lat temu zapisał się na kurs tanga argentyńskiego i to zmieniło praktycznie wszystko w jego życiu. Jeszcze nie wie co na lepsze, a co na gorsze. Wierzy jednak, że jego świat stał się bardziej rzeczywisty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X