Tylko nie wychodź na balkon…

Dziś dru­ga część opo­wieści Andrze­ja o tym, jak zaczę­ła się jego zna­jo­mość z tan­giem w malow­ni­czym Bole­sław­cu. Arty­kuł jest gościn­nym prze­dru­kiem z zaprzy­jaź­nio­nego ser­wisu Tan­go­ków (czy­li Kasi Press i Irka Micha­le­wi­cza z Wro­cła­wia).

Pierw­sza część histo­rii znaj­du­je się pod tym lin­kiem.

W chwi­li, gdy zde­cy­do­wa­łem się na upu­blicz­nie­nie moich tan­go­wych kosz­mar­ków i tekst pierw­szej czę­ści zna­lazł się w prze­strze­ni wir­tu­al­nej, poka­za­łem go oso­bie, któ­ra moją koszul­kę z napi­sem KOCHAM TANGO I ŻONĘ natych­miast wymie­ni­ła mi na napis KOCHAM ŻONĘ I TANGO. Oczy­wi­ście pierw­sze stwier­dze­nie to takie, że pomy­li­łem daty. Dla­te­go prze­pra­szam za małe zamie­sza­nie w poprzed­nim arty­ku­le, wszyst­ko to praw­da, ale zaczę­ło się w 2008. roku a my doszli­śmy od maja 2009. roku i nasze­go wyjaz­du do Micha­ło­wic na Tan­go­wą Majów­kę.

To jest chy­ba wła­ści­wa data zero, gdy roz­po­czę­li­śmy naszą naukę tan­ga argen­tyń­skie­go. Tan­ga jak tan­ga, ale rów­nież milon­gi, któ­rej począt­ki wbi­ja­li nam KWATERKI (Kasia Chmie­lew­ska i Mate­usz Kwa­ter­ko). Do tej pory pamię­tam, jak dla lep­sze­go zapa­mię­ta­nia ryt­mu Mate­usz wspo­ma­gał gru­pę taką man­trą:
Słoń słoń, szczę­śli­wy słoń? słoń słoń, szczę­śli­wy słoń?

Tak mi utkwi­ła owa man­tra w pamię­ci, że jak we wrze­śniu pozna­li­śmy naszych nowych tan­go­wych przy­ja­ciół z Wro­cła­wia, Ani­tę i Pio­tra Kozo­łub, to ja, „sta­ry wyja­dacz?, uświa­do­mi­łem Pio­tra, że wystar­czy zapa­mię­tać man­trę i w rytm milon­gi powta­rzać w pamię­ci — i pój­dzie? Naj­gor­sze, że Piotr uwie­rzył i spró­bo­wał to zasto­so­wać na wie­czor­nej milon­dze? Do tej pory mi to wypo­mi­na, ale na szczę­ście teraz już z uśmie­chem.

Wra­ca­jąc do nasze­go pierw­sze­go wyjaz­du tre­nin­go­wo-tan­go­we­go, to w trak­cie nasu­wa­ły nam się takie stwier­dze­nia (oczy­wi­ście w ukła­dzie chro­no­lo­gicz­nym):

  1. Jakie to jest pięk­ne i raczej łatwe!
  2. Jed­nak tak łatwo to nie wcho­dzi do gło­wy i nóg?
  3. O rany! Jak wiel­ka dro­ga jesz­cze przed nami!

Nasze kom­plek­sy tan­go­we likwi­do­wa­li­śmy w trak­cie milong duuużą ilo­ścią napo­jów bachu­so­wych, któ­re i tak powo­do­wa­ły, że myśli orbi­to­wa­ły w kie­run­ku tego, że raczej jesz­cze nie czas zdzie­rać buty w trak­cie impre­zy, gdy wszy­scy patrzą na przed­sta­wi­cie­la Mini­ster­stwa Głu­pich Kro­ków. Zawsze koń­czy­ło się jed­nak posta­no­wie­niem, że następ­nym razem to my?

Jed­nak następ­ny raz jakoś się odsu­wał?

Lep­szym roz­wią­za­niem było­by zasto­so­wa­nie tak zwa­nej głę­bo­kiej wody, co uczy­nił wyżej przed­sta­wio­ny przy­ja­ciel Piotr, któ­ry po pierw­szych zaję­ciach z ocho (z ocho i wpro­wa­dza­nia w ocho), w cza­sie swo­jej pierw­szej milon­gi w Micha­ło­wi­cach, został wycią­gnię­ty na par­kiet przez chy­ba zde­spe­ro­wa­ną panią. Piotr wto­pił się w tań­czą­ce pary, ale po krót­kiej chwi­li prze­sta­li grać. Nasz dziel­ny tan­cerz poja­wił się przy naszym sto­li­ku i tak opi­sał swo­je wra­że­nia:

Idę, idę, idę, no i spró­bo­wa­łem. Jest ocho! Ocho! Ocho! Cho­le­ra, jak wycho­dzi się z ocho? No to dalej ocho, och? Cho­le­ra, ścia­na coraz bli­żej! A na razie ocho i to coraz bar­dziej ner­wo­we, i szyb­sze, a ścia­na tuż, tuż? Chy­ba wja­dę z nią w ścia­nę! Boże, prze­sta­li grać! Jed­no życie tan­ge­ri­ny ura­to­wa­ne!

Piotr w trak­cie tego wyjaz­du tan­go­we­go uzu­peł­nił bagaż doświad­czeń zarów­no z tan­ga jak i z milon­gi tań­czo­nej w rytm szczę­śli­we­go sło­nia. My po powro­cie do Bole­sław­ca już wie­dzie­li­śmy, że tyl­ko pra­ca i pra­ca może przy­nieść efek­ty. Posta­no­wi­li­śmy od czerw­ca uczest­ni­czyć w comie­sięcz­nych warsz­ta­tach orga­ni­zo­wa­nych we Wro­cła­wiu przez Kasię i Irka.

Na wyjaz­dy warsz­ta­to­we do Wro­cła­wia zde­cy­do­wał się cały aktyw Cafe Tan­ga, ale 120km w jed­ną stro­nę zro­bi­ło swo­je. Z wyjaz­du na wyjazd było nas coraz mniej, w dłuż­szym okre­sie cza­su sobot­nio-nie­dziel­ny­mi tan­go­wy­mi tury­sta­mi zosta­li­śmy sami. Wca­le nie lepiej dzia­ło się na naszych spo­tka­niach bole­sła­wiec­kich, któ­rych czę­sto­tli­wość i fre­kwen­cja ostro piko­wa­ły do dołu. Po dro­dze zali­czy­li­śmy jesz­cze jesien­ne spo­tka­nie tan­go­we, zor­ga­ni­zo­wa­ne przez Tan­go­ki, na któ­rym Bole­sła­wiec repre­zen­to­wa­li­śmy tyl­ko my. Smut­no nam co praw­da nie było, bo prze­cież pozna­li­śmy tylu nowych przy­ja­ciół? To wła­śnie na tym wyjeź­dzie Piotr prze­ży­wał hor­ror jak wyjść z ocho.

Po powro­cie z jesien­nych Micha­ło­wic posta­no­wi­łem spra­wić sobie buty do tan­ga. Co posta­no­wi­łem, to zro­bi­łem. W domu przy­mie­rza­łem, a wła­ści­wie oglą­da­łem w lustrze jak pre­zen­tu­ją się na moich nogach nowiut­kie alca­pon­ki. Oczy­wi­ście byłem dum­ny i pełen zado­wo­le­nia, ale tyl­ko do cza­su, gdy poja­wił się nasz syn i patrząc na moje buty rzu­cił: Tyl­ko nie wychodź w nich na bal­kon bo będzie sia­ra.

Jesien­ny ruch tan­go­wy powo­li zamie­rał nad brze­giem Bobru, tyl­ko my jak zacza­ro­wa­ni goni­li­śmy na comie­sięcz­ne warsz­ta­ty dla roz­po­czy­na­ją­cych przy­go­dę z tan­giem. Aby nie tra­cić cza­su zosta­wa­li­śmy na gru­pę dla już tań­czą­cych. Co się dało nagry­wa­li­śmy kame­rą, aby póź­niej odtwa­rzać i tro­chę tre­no­wać w spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nym do tego celu poko­ju. W tym okre­sie naj­bar­dziej odczu­li­śmy, co zna­czy brak gro­na podob­nych pasjo­na­tów. Musie­li­śmy coś zmie­nić? A plan był taki :

  • kon­ty­nu­uje­my warsz­ta­ty we Wro­cła­wiu
  • kie­dy się da, jedzie­my na Milon­gi do Wro­cła­wia i Oła­wy
  • zała­twia­my salę na wła­sne prak­ty­ki
  • mobi­li­zu­je­my kogo się da z par bole­sła­wiec­kich, któ­re już coś się rusza­ły
  • pró­bu­je­my zara­zić nowych (byle nie zra­zić)
  • posta­na­wia­my w mia­rę regu­lar­nie ścią­gać instruk­to­rów do Bole­sław­ca
  • …i orga­ni­zo­wać zaję­cia zawo­do­we tak, aby była moż­li­wość wyjaz­dów na dłuż­sze impre­zy tan­go­we

Plan był, ale życie życiem — tan­go­wo to raczej dalej marazm. Na szczę­ście wcze­sną wio­sną 2010. roku roz­sta­li­śmy się z tań­ca­mi towa­rzy­ski­mi.

Wła­ści­wie to nastą­pił roz­wód z naszym dotych­cza­so­wym instruk­to­rem od plą­sa­nia w ryt­mie cha-chy. Roz­ma­wia­jąc ze zna­jo­my­mi od tan­ga argen­tyń­skie­go, któ­rzy rów­nież zaczy­na­li od stan­dar­du i łaci­ny, moż­na by stwier­dzić, że wie­lu instruk­to­rów ?towa­rzy­skich? jest uczu­lo­nych na tan­go argen­tyń­skie. Prze­ja­wia się to dziw­ny­mi zacho­wa­nia­mi, któ­re nale­ży pomi­nąć, bo to raczej temat dla psy­cho­lo­gów.

Ale ?nic to?, jak mawiał mały rycerz — jedzie­my na Majów­kę Tan­go­wą do Micha­ło­wic, a póź­niej na pierw­szy wyjazd do Sło­necz­ka w Sła­wie.

Coś się tro­chę oży­wi­ło. Bole­sła­wiec repre­zen­to­wa­ny jest przez dwie pary! A mię­dzy jed­nym a dru­gim wyjaz­dem powsta­je for­mal­na gru­pa Bole­sła­wian zaj­mu­ją­ca się tan­giem argen­tyń­skim — zawią­zu­je się sto­wa­rzy­sze­nie Cafe Tan­go. W Bole­sław­cu rusza­ją warsz­ta­ty tan­go­we z Tan­go­ka­mi. Nie odby­wa­ją się one sys­te­ma­tycz­nie, ale poja­wia­ją się nowi zapa­leń­cy. Jak zwy­kle u wie­lu to sło­mia­ny zapał i po cza­sie wszyst­ko jest już jasne.

Jed­nak Cafe Tan­go powo­li zaczy­na się roz­ra­stać i dołą­cza­ją do nas pary z Choj­no­wa, a póź­niej z Legni­cy.

Co dalej nud­ne­go — albo weso­łe­go — przy­nio­sły nam kli­ma­ty rodem z Buenos, to następ­nym razem.

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Andrzej Piotrów

Absolwent AGH, z wykształcenia inżynier górnik. Dyrektor w przedsiębiorstwie górniczym. Od wielu lat miłośnik matematyki, a od 2010 roku zakręcony przez tango argentyńskie...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X