Tango 504 kilometry od Warszawy

Przed­sta­wia­my opo­wieść Andrze­ja o tym, jak zaczę­ła się jego zna­jo­mość z tan­giem w malow­ni­czym Bole­sław­cu. Arty­kuł jest gościn­nym prze­dru­kiem z zaprzy­jaź­nio­ne­go ser­wi­su Tan­go­ków (czy­li Kasi Press i Irka Micha­le­wi­cza z Wro­cła­wia).

Pew­ne­go let­nie­go i desz­czo­we­go dzion­ka Kasia Press przy wrę­cza­niu nam skrom­ne­go ładun­ku kwar­tal­ni­ka Tan­go 8 rzu­ci­ła hasło …a napisz jak to u was się zaczę­ło, jak to dzia­ła.

Napisz? Napi­sać to ja mogę, ale jak już w dro­dze prze­ocze­nia zosta­nie to wydru­ko­wa­ne czy ktoś to doczy­ta do koń­ca… Prze­cież dotych­cza­so­we arty­ku­ły prze­peł­nio­ne są nostal­gią, prze­ży­wa­niem pięk­na, zła­ma­ny­mi ser­ca­mi i taki­mi tam? ete­rycz­ny­mi wra­że­nia­mi. Ja jestem inży­nie­rem twar­do stą­pa­ją­cym po i pod zie­mią, wyma­ga­ją­cym racjo­nal­ne­go myśle­nia i prze­świad­cze­nia, że gło­wa nie słu­ży tyl­ko do pod­trzy­my­wa­nia kasku. I mam napi­sać coś, co raczej nie ma nic wspól­ne­go z geo­me­cha­ni­ką, hydro­me­cha­ni­ką i inny­mi nud­ny­mi tech­no­kra­tycz­ny­mi zagad­nie­nia­mi? Innym roz­wią­za­niem mogło być sce­do­wa­nie tego pisa­nia na żonę. To jed­nak jesz­cze gor­szy pomysł, bo Gosia jako mate­ma­tyk tak by zre­da­go­wa­ła arty­kuł, że miał­by for­mę rów­na­nia lub logicz­nej ana­li­zy. Czy­li Gosia niech przy­go­to­wu­je mło­dzież do matu­ry oraz deli­kat­nie ujmu­jąc wyra­ża swo­ją dez­apro­ba­tę co do wyra­zi­sto­ści prze­ka­zy­wa­nia moich sygna­łów w trak­cie tan­ga, a ja już napi­szę ten arty­kuł.

Dla­cze­go 504. kilo­metr? Bo tyle nas dzie­li od sto­li­cy, czy­li mamy znacz­nie dalej niż od Ber­li­na, Pra­gi, Bra­ty­sła­wy, Buda­pesz­tu, Wied­nia. W poło­wie dro­gi mię­dzy Dre­znem a Wro­cła­wiem, na prze­cię­ciu auto­stra­dy A4 i rze­ki Bóbr leży Bole­sła­wiec sły­ną­cy z cera­mi­ki. Tam miesz­ka­my i tam dopa­dło nas tan­go argen­tyń­skie. Listo­pad 2009 rok — po dwóch latach szwen­da­nia się po tań­cach towa­rzy­skich dowia­du­je­my się o ist­nie­niu gru­py osób zaj­mu­ją­cych się tan­giem argen­tyń­skim. Ba, uda­je nam się wkrę­cić w towa­rzy­stwo, któ­re wyda­je się dość her­me­tycz­ne. Przyj­mu­je­my zasa­dy obo­wią­zu­ją­ce w towa­rzy­stwie, nie­pi­sa­ne — ale mówio­ne, a my jako zdy­scy­pli­no­wa­ni przyj­mu­je­my je do sto­so­wa­nia. Jed­na z nich to czar­ny ubiór tan­gu­ero­sa. Gosia natych­miast kupu­je mi dwie czar­ne koszu­le. Ubie­ram się we wszyst­kie ele­men­ty gar­de­ro­by o odcie­niu czar­nym lub czar­niej­szym. Spoj­rze­nie w lustro… żałob­nik? cho­le­ra, żałob­nik, no ale jak tak trze­ba, to tak ma być. Co do tej czer­ni to już powin­na zapa­lić mi się lamp­ka ostrze­gaw­cza, gdy moja mama widząc nas wycho­dzą­cych na spo­tka­nie tan­go­we zapy­ta­ła poważ­nym gło­sem: kto zmarł?

Napi­sa­łem na spo­tka­nie tan­go­we, bo prze­cież nie nazwę tego milon­gą lub prak­ty­ką, gdy 20 minut tań­czy­li­śmy a 120 minut pili­śmy her­ba­tę lub napa­ry zio­ło­we plus wymia­na poglą­dów o sze­ro­kim spek­trum tema­tycz­nym. Cho­ciaż napój jaki przy­go­to­wy­wa­ła od cza­su do cza­su nasza kole­żan­ka (far­ma­ceut­ka posia­da­ją­ca wła­sną upra­wę ziół) to było i nadal jest faj­ne prze­ży­cie, ale o tym innym razem — jak oczy­wi­ście zosta­nę dopusz­czo­ny do dal­szych remi­ni­scen­cji. Jed­nak w tam­tym cza­sie nasi nowi przy­ja­cie­le poru­sza­li się po par­kie­cie z nie­wy­obra­żal­nym kunsz­tem tanecz­nym. Do tej pory jeste­śmy im wdzięcz­ni za te wstęp­ne nauki i oczy­wi­ście za nie­miec­ką pły­tę z nagra­ny­mi lek­cja­mi tan­ga argen­tyń­skie­go. Nasi nowi towa­rzy­sze tan­go­wi zdo­by­li te mate­ria­ły po wie­lu tru­dach i za wca­le nie­ma­łe pie­nią­dze. Pierw­sza lek­cja na tej pły­cie to pas­so basi­co. A wyglą­da­ła mniej wię­cej tak: krok w tył, w bok, do przo­du, na 5‑tym tak­cie pod­mia­na i 6. w bok w pra­wo 7. w tył, 8. dołą­czyć. Pil­ni ucznio­wie, czy­li my, uczy­my się tego zawzię­cie. Po dwóch spo­tka­niach tan­go­wych i pil­nym stu­dio­wa­niu pły­ty dowia­du­je­my się, że wszy­scy jedzie­my na milon­gę do zam­ku Klicz­ków.

A na zam­ku w Klicz­ko­wie… a na zam­ku w Klicz­ko­wie gru­pa nie­miec­kich tan­gu­eros z Ber­li­na i Cot­bus — bez mała 80 osób — pod okiem dwóch par argen­tyń­skich szli­fo­wa­ła swo­je umie­jęt­no­ści. Wie­czo­rem oczy­wi­ście milon­gi w prze­pięk­nych salach balo­wych.

No to zja­wia­my się na milon­dze. Wkra­cza­my na par­kiet i zaczy­na­my swo­ją cho­re­ogra­fię, tro­chę do przo­du, do tyłu i tam, gdzie wol­ne miej­sce. Wrze­sień 1939 rok z tym, że agre­so­ra­mi jeste­śmy my. Dwie Niem­ki wyeli­mi­no­wa­ne, jed­nej się uda­ło — to już nam wystar­czy­ło, sia­da­my za sto­łem. Jeste­śmy tro­chę oszo­ło­mie­ni tym, jak oni się poru­sza­ją. Wszy­scy w jed­ną stro­nę!? Dla­cze­go nogi się im nie plą­czą? A skąd oni wie­dzą, że to tak…? I tak naro­dzi­ła się myśl, że nale­ży się wyrwać w nowy świat tan­go­wy. Z tej naszej pierw­szej milon­gi utkwi­ło nam w pamię­ci jesz­cze jed­no zda­rze­nie. Po zakoń­czo­nym kon­flik­cie mię­dzy­na­ro­do­wym sie­dli­śmy za sto­li­kiem tuż przy drzwiach wej­ścio­wych, pil­nie obser­wu­jąc zja­wi­ska par­kie­to­we. Z bar­dzo moc­nym posta­no­wie­niem, że dzi­siaj to nikt nas nie wycią­gnie na par­kiet przy­wie­ra­my do sto­li­ka. Po kil­ku kawał­kach sie­dzie­li­śmy razem, czy­li pra­wie cała gru­pa, jesz­cze wte­dy nie­for­mal­na CAFE TANGO, z Bole­sław­ca.

Do nasze­go sto­li­ka pod­szedł jeden z Niem­ców i wbił wzrok w opa­da­ją­ce blond wło­sy naszej kole­żan­ki — pod­nio­sła gło­wę, ich wzrok się skrzy­żo­wał, on uśmiech­nął się, lek­ko ski­nął gło­wą na co ona? DOBRANOC! Uzna­ła, że pan wycho­dzi i chciał się poże­gnać. Na szczę­ście nie rozu­miał języ­ka Mic­kie­wi­cza. Zaata­ko­wał ponow­nie moc­nym spoj­rze­niem i po ponow­nym ski­nie­niu usły­szał — DOBRANOC. Na szczę­ście ktoś zała­pał, pod­po­wie­dział. Oni ruszy­li na par­kiet, a ja zetkną­łem się po raz pierw­szy z caba­ceo.

Po powro­cie do domu nastą­pi­ła chwi­la zadu­my i zała­ma­nia — koń­czy­my! Ale na szczę­ście albo na nie­szczę­ście to tyl­ko chwi­la, że koń­czy­my. To zasłu­ga Gosi, któ­ra za wszel­ką cenę posta­na­wia kon­ty­nu­ować naszą nową pasję. Ja jestem upar­ty, ale nie mam szans przy żonie — czy­stej krwi góral­ce. No to brnie­my dalej, zno­wu ze dwa spo­tka­nia tan­go­we we wła­snym gro­nie. Zima 2010 rok we Wro­cła­wiu: Ola i Tomek Rut­kow­scy orga­ni­zu­ją warsz­ta­ty tan­go­we, pro­wa­dzo­ne przez Mabel i… zapo­mnia­łem z kim. Warsz­ta­ty dla tań­czą­cych, czy­li krót­ko mówiąc kolej­ny nasz hor­ror. W ramach tej impre­zy zor­ga­ni­zo­wa­na zosta­ła milon­ga w Oła­wie w klu­bie Sto­do­ła wraz z poka­za­mi Mabel. Przed cza­sem zaj­mu­je­my stra­te­gicz­ne pozy­cje obser­wa­cyj­ne z moc­nym posta­no­wie­niem nie zbli­ża­nia się do par­kie­tu, ale pil­ną obser­wa­cją już tań­czą­cych i wcho­dzą­cych do klu­bu. A ludu coraz wię­cej, w pew­nej chwi­li wcho­dzi para: wyso­ki facet, u boku przy­stoj­na zgrab­na blon­dy­na o ujmu­ją­cym uśmie­chu. Tyl­ko jak oni są ubra­ni: ona na bia­ło ale — o zgro­zo — on też. Gdzie jego czar­ny strój? Oni to chy­ba nic nie mają wspól­ne­go z tan­giem argen­tyń­skim. W taki spo­sób pozna­li­śmy naszych pierw­szych nauczy­cie­li tan­ga: Kasię Press i Irka Micha­le­wi­cza oraz zre­wi­do­wa­li­śmy nasz pogląd na temat czer­ni.

Po powro­cie do Bole­sław­ca odby­li­śmy jesz­cze kil­ka spo­tkań tan­go­wych, na któ­rych mię­dzy inny­mi ura­dzi­li­śmy wyjazd na Majów­kę Tan­go­wą do Micha­ło­wic. Wybra­li­śmy się tam w trzy pary, co wte­dy sta­no­wi­ło 60% akty­wu dep­czą­ce­go par­kiet przy muzy­ce rodem z Buenos. Tam spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy na zaję­ciach nauki tan­ga z Kasią Press, Irkiem Micha­le­wi­czem oraz z Kasią Chmie­lew­ską i Mate­uszem Kwa­ter­ko.

I tak wła­śnie zaczy­na­ła się nasza przy­go­da z tan­giem, któ­ra w dal­szym cza­sie wpły­nę­ła na tan­go argen­tyń­skie w Bole­sław­cu. Ale to innym razem.

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Andrzej Piotrów

Absolwent AGH, z wykształcenia inżynier górnik. Dyrektor w przedsiębiorstwie górniczym. Od wielu lat miłośnik matematyki, a od 2010 roku zakręcony przez tango argentyńskie...

3 myśli na temat “Tango 504 kilometry od Warszawy

  • 23 listopada 2011 o 15:55
    Permalink

    Pio­truś dzię­ku­ję za miłą lek­tu­rę, cze­ka­my już na ciąg dal­szy tych tan­go­wo- geo­me­cha­nicz­nych remi­ni­scen­cji. Pozdra­wiam. Iwo­na Kaj

    Odpowiedz
  • 23 listopada 2011 o 09:59
    Permalink

    Bom­ba !
    Bar­dzo podob­nie i traf­nie.
    Chy­ba kaz­dy, to tak samo i podob­nie prze­zyl.
    Pozdro­wie­nia z Bawa­rii
    B+W B..

    Odpowiedz
  • 23 listopada 2011 o 08:46
    Permalink

    świet­nie napi­sa­ny tekst z duża swa­dą i poczu­ciem humo­ru:)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X