Jak stawiać krok w tangu? Drugi odcinek Tango and Chaos in Buenos Aires

Publi­ku­je­my dziś dru­gi frag­ment wspo­mnień i reflek­sji o tan­gu pió­ra Ric­ka McGar­reya, któ­ry pozwo­lił nam prze­tłu­ma­czyć swo­ją obszer­ną opo­wieść Tan­go and Cha­os in Buenos Aires. Oso­by, któ­re prze­ga­pi­ły część pierw­szą, mogą zna­leźć ją tutaj. Dziś przede wszyst­kim o kro­ku. Tyl­ko i aż.

Na spacerze

(…)

Tutej­sze metro jest wspa­nia­łym źró­dłem roz­ryw­ki dzię­ki mie­sza­ni­nie jadą­cych nim oso­bo­wo­ści. W wago­nach znaj­dziesz zazwy­czaj peru­wiań­skie­go fle­ci­stę albo inne­go fol­ko­we­go graj­ka i małe dzie­ci sprze­da­ją­ce co tyl­ko mają pod ręką. Smut­nym wido­kiem był jed­no­rę­ki i jed­no­no­gi męż­czy­zna ska­czą­cy z miej­sca na miej­sce. Z dru­giej stro­ny nie mogę nie wspo­mnieć o małym sta­rusz­ku gra­ją­cym na har­mo­nij­ce i śpie­wa­ją­cym tan­go śmiesz­nie piskli­wym gło­sem. Chwi­lę grał, chwi­lę pośpie­wał i zaraz zaczy­nał ?tań­czyć? głup­ko­wa­tą kary­ka­tu­rę tan­ga pomię­dzy sie­dze­nia­mi. Bawi­ło mnie to, więc zaczą­łem się śmiać. Wkrót­ce śmiał się cały wagon i nasz ?arty­sta? zaro­bił swo­je na napiw­kach.

(…)

Pomnik na grobie Carlosa Gardela

Malik wspo­mi­nał mi o tym, że sta­tua Car­lo­sa Gar­de­la na jego gro­bie w Cha­ca­ri­cie zawsze trzy­ma w dło­ni zapa­lo­ne­go papie­ro­sa. Posta­no­wi­łem to spraw­dzić. Cmen­tarz w Cha­ca­ri­cie jest duży, oto­czo­ny murem przy­po­mi­na­ją­cym śre­dnio­wiecz­ne umoc­nie­nia. Skła­da się ze sta­rej i nowej czę­ści, któ­ra to wyda­je się cią­gnąć kilo­me­tra­mi, wraz z roz­le­głym pod­zie­miem. Muszą na nim leżeć milio­ny ciał. Mia­łem nadzie­ję zapy­tać kogoś o miej­sce spo­czyn­ku Gar­de­la, ale oka­za­łem się być jedy­nym czło­wie­kiem w oko­li­cy. Przy­naj­mniej wśród żywych. Sta­ra sek­cja wyglą­da jak minia­tu­ro­we mia­sto, z bru­ko­wa­ny­mi ulicz­ka­mi i kamien­ny­mi bądź mar­mu­ro­wy­mi doma­mi. Nie­któ­re są cał­kiem wymyśl­ne, zazwy­czaj nor­mal­nej wyso­ko­ści, tyle że wąskie, jako że ich miesz­kań­cy nie potrze­bu­ją wie­le prze­strze­ni. Cho­dzi­łem woko­ło w desz­czu czy­ta­jąc nazwi­ska; Gar­de­la zna­la­złem po jakichś dzie­się­ciu minu­tach. A zapa­lo­ny papie­ros? Papie­ros tak, był, ale zga­szo­ny (przez deszcz?). Była też nie­zli­czo­na ilość kwia­tów. Wró­ci­łem na sta­cje Lacro­ze i poje­cha­łem metrem do domu, tak zmę­czo­ny, że pra­wie prze­ga­pi­łem swo­ją sta­cję.

 

(…)

Nauka tanga

Ponie­dzia­łek, 17 grud­nia, 10:49 Mój taniec pogor­szył się w Buenos Aires, bo nagle oka­za­ło się, że wszyst­kie­go muszę nauczyć się od nowa. To co praw­da nie pierw­sza podob­na sytu­acja, ale tym razem mia­łem już za sobą wystar­cza­ją­co dużo tań­ca, żeby zdą­żyć nabrać złych nawy­ków. Naj­waż­niej­sze w tań­cu są postu­ra i krok — jeśli w obu popeł­niasz błę­dy, masz pro­blem. Wciąż sły­szę to samo: Mas pecho. Wię­cej klat­ki pier­sio­wej, trzy­maj ją, a tak­że Mas bajo, mas pesa­do. To sub­tel­na uwa­ga — cho­dzi o to, żeby pod­czas kro­ku wci­skać sto­pę w pod­ło­gę. Nadal nie mam poję­cia jak mam to robić jed­no­cze­śnie pil­nu­jąc lek­ko­ści i płyn­no­ści kro­ku i nie odska­ku­jąc gór­ną czę­ścią cia­ła. Dałem się popro­wa­dzić w tań­cu jed­nej z nauczy­cie­lek w El Beso, Marii Pla­za­oli, żeby poczuć co to wszyst­ko zna­czy. Naj­pierw pro­wa­dzi­ła moim wła­snym kro­kiem, potem tym wła­ści­wym, ?cięż­kim?. Z począt­ku sądzi­łem że to ?cięż­ki? krok jest nie­pra­wi­dło­wy (barie­ra języ­ko­wa), ale w koń­cu się poła­pa­łem i zro­zu­mia­łem, że tak wła­śnie kobie­ta powin­na odczu­wać pro­wa­dze­nie. Ma czuć twój krok (chy­ba że w dro­dze wyjąt­ku tego nie chcesz i idziesz w inny spo­sób). Muszę nad tym popra­co­wać.

Osvaldo Natucci

Osval­do Natuc­ci jest małym, eks­cen­trycz­nym typem ?pro­fe­sor­ka? z roz­trze­pa­ny­mi, siwie­ją­cy­mi wło­sa­mi. Jest tak­że dobrym tan­ce­rzem. Ma dwie mło­de, pięk­ne part­ner­ki (sio­stry) i we trój­kę zawsze przy­cią­ga­ją wzrok na milon­gach. Nie mia­łem poję­cia kim jest, ale jak tyl­ko zoba­czy­łem jak tań­czy natych­miast pod­sze­dłem popro­sić go o lek­cje. Póź­niej oka­za­ło się że Natuc­ci jest tutaj dobrze zna­nym instruk­to­rem i DJem, uzna­wa­nym za eks­per­ta tak w muzy­ce, jak i tań­cu. Zaję­cia z nim są fan­ta­stycz­ne, bo mogę tań­czyć z sio­stra­mi. To jak jaz­da Fer­ra­ri. Mają pięk­ny styl opar­ty na wypro­sto­wa­nych nogach i w tań­cu wyglą­da­ją jak konie wyści­go­we, bar­dzo szyb­kie, ale oszczęd­ne w ruchu — tyle co nie­wiel­kie ozdob­ni­ki na wyso­ko­ści kostek. I uda­je im się to razem z ?cięż­kim? kro­kiem! Tań­czą płyn­nie i reagu­ją na każ­dą suge­stię pro­wa­dzą­ce­go, ale tak­że on sam odczu­wa każ­dy ich krok.

Co wię­cej, są napraw­dę inte­li­gent­ne i dają świet­ne instruk­cje. Od razu wyczu­wa­ją pro­ble­my z postu­rą bądź kro­kiem. Jako że tań­czy­my w bli­skim trzy­ma­niu, nie jest łatwo widzieć wszyst­ko co się dzie­je, więc nawet taki eks­pert jak Natuc­ci zawsze kon­sul­tu­je taniec z sio­stra­mi, zanim zacznie popra­wiać ucznia. Star­sza sio­stra potra­fi robić coś, co wyda­je mi się bar­dzo zaawan­so­wa­ne. Odbie­ra pro­wa­dze­nie i wzbo­ga­ca je od sie­bie. Umie być lek­ka od pasa wzwyż, wbi­ja­jąc moc­no sto­py w par­kiet, jed­no­cze­śnie prze­no­sząc nogę tak, by pomóc pro­wa­dzą­ce­mu. Jako boga­ty grin­go pomy­śla­łem sobie, że zamiast brać od nich pry­wat­ne lek­cje mógł­bym zapła­cić jej za cho­dze­nie ze mną na milon­gi — coś jak poży­cze­nie Fer­ra­ri dla poka­za­nia się na mie­ście. Siłą rze­czy ja tak­że wypadł­bym nie­źle. Nie­ste­ty, dowie­dzia­łem się że takie pomy­sły nie mają racji bytu, jako że dłu­gie tań­cze­nie z jed­ną oso­bą suge­ru­je bliż­szą niż czy­sto tanecz­na rela­cję. Male­na mówi, że powi­nie­nem je nazy­wać por­tan­cas — to sło­wo ozna­cza­ją­ce wyści­go­we kla­cze.

W El Beso spo­ty­kam mło­de­go face­ta, bar­dzo żywot­ne­go, któ­ry z jakichś powo­dów chce mi pomóc. Wciąż zabie­ra mnie na bok i każe mi z sobą cho­dzić. Mówi bar­dzo szyb­ko i w żaden spo­sób nie moż­na go uspo­ko­ić. Łapie mnie i idzie przez par­kiet, moc­nym tan­go­wym kro­kiem, wokół baru, przez kory­tarz i z powro­tem, cały czas gada­jąc jak nawie­dzo­ny. Kie­dy nie mogę go zro­zu­mieć, po pro­stu zaczy­na krzy­czeć gło­śniej i szyb­ciej. Wła­ści­wie nigdy go nie rozu­miem, ale typ jest atle­tycz­ny i świet­nie cho­dzi, w bar­dzo moc­nym sty­lu, więc uśmie­cham się i przy­ta­ku­ję. Ostat­niej nocy zno­wu mnie zła­pał i wyce­lo­wał w moją twarz czte­re­ma pal­ca­mi. Cuatro ani­ma­les! Cuatro, cuatro ani­ma­les! Naj­wy­raź­niej prze­my­ślał spra­wę i zawcza­su przy­go­to­wał lek­cję. Uno…Gato! — zaczął krok, Dos! Garza! (zro­zu­mia­łem, że cho­dzi mu o bocia­na albo dźwig…), Todo pesa­do, un pie! Tres… ELEFANTE! — sto­pa opa­da na dół Cuatro, (uno­sząc pierś jak dum­ny orzeł) Agu­ila! Agu­ila!. Ćwi­czy­łem według tego wzo­ru i przy­znam, że jest w tym sens.

Zaczy­nasz krok płyn­nie, jak skra­da­ją­cy się kot. Potem chwi­la zawie­sze­nia, pię­ta w pię­tę, wycią­gnię­te cia­ło i jed­na noga lek­ko unie­sio­na (dźwig), cały cię­żar cia­ła na dru­giej. Następ­nie opa­dasz w przód z tyl­nej nogi, z jed­nej stro­ny łagod­nie, z dru­giej moc­no jak słoń naci­ska­jąc na pod­ło­gę. Pła­sko i sta­bil­nie na sto­pie. Wła­śnie to jest trud­ne, ćwi­czę odkąd przy­le­cia­łem do Buenos. Powi­nie­neś wycią­gnąć nogę, kie­dy tyl­ko sto­pa opa­da na par­kiet i pozwo­lić sobie na nie­wiel­kie roz­luź­nie­nie bio­der, w efek­cie wci­ska­jąc nogę w zie­mię gdy sto­pa dotknie desek. Coś pomię­dzy tup­nię­ciem a piesz­czo­tą — naj­waż­niej­sza pozo­sta­je wypro­sto­wa­na noga. Wszyst­ko to razem powin­no skut­ko­wać bar­dzo deli­kat­nym wstrzą­śnię­ciem, któ­re part­ner­ka może odczuć w ruchu two­jej klat­ki pier­sio­wej (Osval­do Natuc­ci nawet pod­wi­nął nogaw­kę, żeby poka­zać jak jego noga pro­stu­je się i wycią­ga, gdy sta­wia sto­pę na zie­mi). Klat­ka pier­sio­wa i żebra są cały czas unie­sio­ne i lek­ko wysu­nię­te do przo­du, jak u orła. Jeśli ten mło­dy narwa­niec sam wymy­ślił te zwie­rzę­ce meta­fo­ry, jest napraw­dę spryt­ny. Dobry z nie­go nauczy­ciel. Natuc­ci z kolei ryso­wał mi odci­ski stóp, wska­zu­jąc na nich, gdzie powi­nien padać cię­żar cia­ła. Nie umie­my poro­zu­mieć się w żad­nym wspól­nym języ­ku, ale komu­ni­ka­cja idzie nam spraw­nie. Ci ludzie napraw­dę wie­dzą jak uczyć i poświę­ca­ją temu wie­le wysił­ku. Mnó­stwo pasji. Pierw­sza lek­cja z Natuc­cim trwa­ła dwie godzi­ny, ?gru­pą? byłem tyl­ko ja i Malik (oraz pięk­ne sio­stry potran­ca). Kosz­to­wa­ła nas pięć dola­rów od oso­by.

? Czy­taj cześć pierw­szą — wpro­wa­dze­nie
Czy­taj cześć trze­cią — Sun­der­land ?

Powyż­szy roz­dział jest frag­men­tem opo­wie­ści Tan­go and Cha­os in Buenos Aires autor­stwa Ric­ka McGar­reya. Będzie­my pre­zen­to­wać kolej­ne jej czę­ści, dążąc do peł­ne­go prze­kła­du. Tłu­ma­cze­nie powyż­sze­go frag­men­tu: Grze­gorz Wdo­wiak.

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Grzegorz Wdowiak

Web developer - tworzy strony i aplikacje internetowe. Wreszcie - pisarz (wciąż) amator. Maniak komputerowy i muzyczny. Do niedawna współtwórca, webmaster i redaktor portalu Tango Nuestro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X