Tango and Chaos in Buenos Aires – pierwszy odcinek opowieści o tangu w Mieście Pomyślnych Wiatrów

Dziś lektura dla tych, dla których tango to nie tylko taniec, ale też ludzie, miejsca i historie. Publikujemy pierwszy fragment wspomnień i refleksji o tangu pióra Ricka McGarreya, który pozwolił nam przetłumaczyć swoją obszerną opowieść Tango and Chaos in Buenos Aires.

Dziś pierwsze akapity – wspomnienia z wyprawy do Buenos Aires pogrążonego w kryzysie 2001 roku, wyprawy, której celem była nauka u mistrzów tanga. Los okazał się wymagający – dla wytrwałych przygotowując więcej niż się spodziewali. W kolejnych rozdziałach podróże po Ameryce Południowej, wywiady z tancerzami, porady i zwyczaje „rdzennych” tangueros. Ale po kolei…
Rick McGarrey:

Wstęp

W listopadzie 2001 roku poleciałem do Argentyny na pięciotygodniowe wakacje. Podczas wyprawy publikowałem poniższe historie na kilku forach internetowych. Opisują one moje przygody i zmagania z nauką tanga na parkietach klubów Buenos Aires. Ktokolwiek doczyta do końca, przekona się że – jak to zwykle w życiu bywa – odkrywając to piękne miasto otrzymałem dużo więcej, niż spodziewałem się dostać. Wszystko co przeczytacie jest prawdą, z jednym tylko wyjątkiem – imię Malena zostało zmyślone dla ochrony prywatności noszącej je bohaterki.

Tam, gdzie bije serce tanga

Sobota, 8 grudnia 2001, 15:36. Jestem w Buenos Aires, wraz z lojalnym Malikiem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo podczas tej niepewnej podróży. Razem sprostaliśmy objęciom setek argentyńskich kobiet i rygorom lokalnej bankowości, w codziennych zmaganiach wypracowując trzy zasady przetrwania, które musi pamiętać każdy chętny do pójścia w nasze ślady: 1.Słuchaj muzyki 2.Mniej znaczy więcej 3. Nie zapomnij numeru PIN. To wszystko na teraz.

(…)

Poniedziałek, 10 grudnia 2001, 00:43. Żeby zdążyć na samolot do Patagonii dziś rano musielibyśmy wstać tak wcześnie, że postanowiliśmy nie spać całą noc – tylko tańczyć i o piątej rano wyruszyć w stronę lotniska. To nie był dobry pomysł. Całą drogę przeszliśmy pieszo i spóźniliśmy się na lot. Dlatego teraz, po powrocie do swojego pokoju, mam wolną chwilę na pisanie.

Tutejsza gospodarka idzie na dno. Dwa tygodnie temu klienci banków popędzili wypłacać z nich swoje oszczędności i rząd nieoczekiwanie ograniczył sumę pieniędzy możliwą do wybrania z konta do 250 dolarów tygodniowo. Wszyscy wokół są co najmniej zaniepokojeni sytuacją. Peso jest oficjalnie związane z dolarem sztywnym kursem 1 do 1, ale prawdopodobnie zostanie zdewaluowane, co byłoby katastrofą dla wszystkich posługujących się tą walutą (także turystów). Zdobycie gotówki stało się problematyczne. Banki są przepełnione ludźmi. Próbowałem sięgnąć po zaliczkę gotówkową z mojej Visy, ale okazało się, że podobne operacje zostały zablokowane w weekend. Czeki podróżne, które przypadkiem wziąłem za sobą, nie są już wypłacane w dolarach; właściwie jest tylko jedno, wiecznie zatłoczone miejsce, w którym można je w ogóle spieniężyć.

Stacja metra w Buenos Aires

Przez pierwszych kilka nocy po milongach wracałem do domu piechotą i sam, o 4-tej nad ranem, ale zrezygnowałem z tego słysząc wszystkie te historie o narastającej przemocy. Tutejsze metro jest rewelacyjne. Możesz dostać się właściwie wszędzie za 75 centów, ale o 22-giej składy przestają kursować, więc nocą zostają tylko taksówki i autobusy. Przy czym taksówki również mają już złą sławę, odkąd mąż najbardziej znanej prezenterki telewizyjnej w kraju otrzymał siedem pchnięć nożem od taksiarza, który postanowił go obrobić. Sami bierzemy tylko taksówki z napisem Radio Taxi, starając się przy tym wyszukiwać starszych wiekiem kierowców. Ostatecznie jeśli Malik (było nie było – olbrzymi facet) i ja zostaniemy napadnięci przez 70-letniego staruszka, pewnie sami na to zasłużyliśmy.

Z początku milongi były tak zatłoczone, że taniec był nie lada wyzwaniem. Praktyczna rada: stań wraz z partnerką w jednej z niekończących się kolejek na krawędzi sali. Tańcz, aż znajdziesz się na jej początku. Zajmie ci to jakąś godzinę. Przynajmniej tak to wyglądało do ostatniego weekendu. Kryzys ekonomiczny drastycznie ściął frekwencję na milongach, więc miejsca jest już pod dostatkiem. Niestety, wszyscy wokół są tak znerwicowani, że – zdaje się – palą dwa razy więcej, tak że nieznośny wskaźnik zadymienia pozostał na tym samym poziomie.

Łatwo tu o rozpad codziennego trybu życia. Zazwyczaj całe noce spędzamy poza domem, odsypiając za dnia. W mieszkaniu jest nas pięcioro, a że każdy śpi do późna, wydaje się to całkiem normalne. Malik, ja i Renee Linnell z San Diego jesteśmy trzema tango-turystami dzielącymi staromodne mieszkanie na trzecim piętrze z miejscową dziewczyną o imieniu Malena i studentem z Kolumbii. Przypomnij sobie najbardziej niesamowite, stare miejsca z filmu Lekcja tanga i z grubsza będziesz wiedzieć o czym mówię. Szczęśliwie wszyscy zostaliśmy przyjaciółmi. Malena, porte?a (miejscowa), jest zbuntowaną córką prominentnej rodziny, która przetrwała brudną wojnę lat 70-tych uciekając z miasta pod ochroną wynajętych ochroniarzy. Obwozi nas po mieście w starym, zajeżdżonym aucie i trochę się obawiam, czy moje imię nie pojawi się przy jej imieniu na którejś z czarnych list. Wie, że nadal niebezpiecznie jest chodzić po okolicy w koszulce z Che Guevarą, ale nieszczególnie się tym przejmuje. To Tyle. Jestem już śpiący. Czytając ponownie to, co napisałem, mam wrażenie że przestawiłem raczej ponury obraz. Nic podobnego – prawdę mówiąc żadnego miejsca nie polubiłem dotychczas tak, jak Buenos Aires. Quiero Buenos Aires!

…Choć początki nie były łatwe. Oto co napisałem pierwszej nocy:

Zabierzcie mnie stąd! Moja pewność siebie roztrzaskała się o parkiet. Siedzę z Malikiem w El Beso. Właściwie nie siedzę z Malikiem, bo Malik tańczy. Wszyscy tutaj są nadprawdę DOBRZY! Spróbowałem sił w dwóch tańcach i – krótko mówiąc – nie zadziałało. Obijałem się o ludzi wokół, potykałem o własne stopy i za nic nie mogłem znaleźć kontaktu z muzyką i partnerką. Jestem zmęczony, chciałbym już wracać. Jesteśmy jedynymi Norte Americanos w lokalu, cała reszta mówi w niezrozumiałym, hiszpańskim dialekcie. Pięć tygodni? Nie zniosę pięciu tygodni. Może uda mi się złapać jakiś samolot…

Wracam do gry… Tak jakby

Life is but a walking shadow,
a poor player who struts and frets
his hour upon the stage,
and is heard no more

– William Shakespeare

Czwartek, 13 grudnia 2001, 15:58. Argentyńczycy wiedzą, że w tangu – jak w życiu – postawa jest wszystkim. Może nie zawsze jest to całą prawdą (o czym przekonali się walcząc o Falklandy), ale zazwyczaj zdaje egzamin. Malik zwrócił mi uwagę, że wielu Argentyńskich mężczyzn wcale nie tańczy rewelacyjnie, ale myślą że potrafią – i że taka korekta postawy wyszłaby na dobre moim krokom. I faktycznie – pomogło. Jeszcze niedawno siedziałem przygnębiony i wycieńczony w El Beso (pierwsza noc w Buenos…). Ale los zawsze dąży ku lepszemu, prawda? Najważniejsza okazała się dobrze przespana noc, swoją rolę odegrało również umieszczenie mnie w grupie zaawansowanej na treningu kolejnego wieczora. Każdy dostanie swoje pięć minut.

Drugiej nocy znów wylądowaliśmy w El Beso, na zajęciach – wokół wciąż sami miejscowi. Tutejszy dziennik Clarin twierdzi, że na tym kursie nauczyło się tańczyć więcej porte?os niż gdziekolwiek indziej (pewnie już wiecie – Buenos Aires to miasto portowe i jego mieszkańcy, związani z portem, zwani są właśnie porte?os). Klub i szkoła są prowadzone przez Susanę Miller (uczącą również w USA) i większość kobiet-instruktorek jest równie ostra i dosadna jak ona. Ale przede wszystkim każda z nich jest kompetentna i wciąż ma w pamięci dawnych milongueros i ich technikę tańca. Niestety, żadna nie mówi po angielsku, a wystrzeliwane w naszym kierunku instrukcje w Lunfardo brzmią co najmniej obco. Jako że Malik i ja jesteśmy jedynymi gringos na zajęciach, nikt nie myśli o tłumaczeniu.
Jest nas tu wielu i zaczęliśmy w jednej grupie. Po półtorej godziny zajęć nastała przerwa (wszędzie papierosy) i podzielono nas na dwa poziomy zaawansowania. Ku mojemu zdziwieniu trafiłem do bardziej zaawansowanej grupy, prowadzonej przez Annę Marię. Co więcej, uczono nas tego, co miałem już okazję przerobić samemu z lekcji video. Ćwiczyłem to wszystko wielokrotnie w swoim domu, tak że wypadłem lepiej niż – być może – zasługuję.

O 23.30, zaraz po zajęciach, zaczyna się milonga – naprawdę dobra milonga. Wszyscy wokół od razu znaleźli parę, ja usiadłem gdzieś z boku. Anna Maria złapała moje spojrzenie i przywołała mnie do siebie. Salimos? – zapytała. Prosiła mnie do tańca, co bardzo rzadko się tutaj spotyka. Może będąc jednym z najlepszych milongueras w Buenos masz prawo do własnej etykiety? Chciałbym móc powiedzieć, że moje umiejętności zrobiły na niej takie wrażenie, że nie mogła sobie odmówić, ale znam prawdę. Była gospodarzem, a ja byłem jedynym (oprócz Malika) Americano, do tego przecież płacącym klientem, i jedyną osobą siedzącą samotnie pod ścianą. Lo siento, pero tengo miedo – powiedziałem. Nie pomogło. Bałem się czy nie, zostałem wciągnięty na parkiet. Nie pomagało również to, że Carlos Gavito obserwował zajęcia, a teraz siedział na skraju parkietu śledząc każdy nasz ruch. Zatańczyliśmy trzy lub cztery tańce i nie będę kłamał, że były udane. Ledwo nadążałem za muzyką. Ale Anna Maria Shapira, maestra tango bliskiego trzymania jest partnerką z którą tańczy się tak łatwo, że jakoś to przetrwałem. I zyskałem na pewności siebie.

Teraz już wiem, że ważnym elementem tanga jest gra aktorska i wielu najlepszych tancerzy po prostu gra. Uwielbiam na nich patrzeć. Mimo wszystko, dla mnie najważniejsze jest przeżycie wewnętrzne. Dlatego właśnie tak długo zmagałem się z tangiem w bliskim trzymaniu. Nie jest tak efektowne jak tango ?aktorskie? i wydaje się prostsze. Ale to nieprawda. Tańczysz blisko muzyki. Między partnerami przepływają subtelne uczucia, które mogłyby zgubić się w bardziej pokazowym stylu. Tam, skąd pochodzę, w ogóle tego nie uczą i najlepsze w całej wyprawie jest właśnie to, że w końcu zaczynam rozumieć podstawy bliskiego trzymania. Wszystkie tangowe frazesy: czuj muzykę, naucz się chodzić, zadbaj o kobietę zaczynają nabierać znaczenia.

Tango na ulicach Buenos

Niestety karuzela pewności siebie kręci się dalej. W jedną chwilę jestem Baronem Buenos Aires, w następnej boję się wejść na parkiet. Są dobre tańce, tańce niezłe i całkiem złe. I katastrofy, gdy oblewam się potem widząc swoją porażkę, walcząc na klaustrofobicznym parkiecie i nerwowo uśmiechając się do zawiedzionej Argentynki.

Ale teraz chciałbym napisać o moim zwycięstwie. Nic wielkiego, choć warto wspomnieć. Mały krok naprzód. Rzecz miała miejsce kilka dni temu, na zajęciach. Byłem trochę znudzony, trochę zmęczony. Uczyli czegoś skomplikowanego i starałem się nie wychylać, wykonując minimum potrzebnych ruchów. I nagle… Trafiłem na partnerkę, której za nic nie chciałem widzieć naprzeciw siebie. Starsza, twarda z charakteru instruktorka, która tańczy już pewnie jakieś 30 lat. Nigdy się nie uśmiecha i nie mówi niczego oprócz krótkich i częstych instrukcji. Na zajęciach mamy pracować nad techniką, po czym część instruktorów tańczy z uczniami, a inni przechadzają się wokół i korygują. Gdy muzyka przestaje grać, następują kolejne pokazy i korekty, wreszcie kolejna porcja muzyki. Więc zaczęto grać. Postawa – OK. Ramiona opuszczone i ściągnięte – OK. Objęcie, klatka piersiowa z przodu, lekkie nachylenie w oczekiwaniu na muzykę i zaczynamy. Ale nie mogłem wykonać wyuczonej sekwencji! Zrobiłem krok naprzód. Noga, noga, pauza. Noga, noga, pauza. Aż wreszcie muzyka zaczęła do mnie docierać. To mógł być Di Sarli. Zdarza mi się to, gdy jestem zmęczony. Krok i krok, krok, krok, pauza. Nie miałem pojęcia, co mieliśmy właśnie ćwiczyć, ale emocje granego utworu harmonizowały ze mną. Szedłem dalej, czując muzykę w sobie. Wolniej, krok, pauza, krok, krok. Potem dłuższy, wyciągnięty. Czekałem, aż moja partnerka zbeszta mnie i każe wracać do ćwiczeń. Nic. Muzyka przechodziła przez moje ciało, przenikała przez nią – i szliśmy. Zwyczajnie. Odczułem to jak krótką chwilę, ale przetańczyliśmy tak całą piosenkę. Muzyka ustała, ona nie powiedziała niczego i przez moment stała w bezruchu. Potem dwukrotnie ścisnęła moją lewą dłoń.

Potem przychodzi czas na pokazy. Uczniowie robią coś źle i starają się to skorygować, ale ja nie zwracam na to uwagi. Zaczyna grać muzyka. Znów Di Sarli, jak sądzę. Może Biaggi. Jeszcze głębiej we mnie – i tym bardziej nie ma mowy, żebym robił to, co przed momentem ćwiczyliśmy. Po prostu zaczynam się ruszać. Niekiedy, na ciasno upakowanych ludźmi milongach, tłum wydaje się poruszać jak jeden organizm: pauza, taniec, długi krok, pauza. Kiedy dzieje się to późną nocą na dużym parkiecie, widok jest niesamowity. Każdy to czuje. Tancerze wyglądają jak stado długonogich, nadbrzeżnych ptaków – przez moment wypatrujących zdobyczy pod taflą wody, potem robiących długi, wdzięczny krok naprzód. Nie całkiem razem, ale… Pauza i krok… czuję to wytworne poruszenie.

Muzyka ciągnię cię za sobą, jak dziecko z zabawką na sznurku: szkrab zatrzymuje się pobawić samochodzikiem, po czym szarpie za sznurek i zabawka rusza dalej. Muzyka przeciąga mnie przez parkiet… a ta starsza, ciężka kobieta podąża za mną bez jednego gestu sprzeciwu. Zdaje się znać każdy mój krok jeszcze zanim go wykonam. Muzyka przechodzi przeze mnie trafiając do niej. Absolutnie prosta sprawa. Krok, pauza, przeniesienie ciężaru, osadzenie stopy, krótki i długi krok. Może szybki krok milonguero, może inny, delikatny. Pauza i znieruchomienie. Potem lekkie zakołysanie i krok naprzód, pomiędzy walecznych uczniów i skradających się instruktorów. Takie proste, takie proste. To wszystko nic. I wszystko. Wyzwolony przez muzykę. Wreszcie taniec dobiega końca i znów czuję dwa uściski na lewej dłoni, gdy moja partnerka mówi do siebie ciche Lindo, lindo… – komentarz na który nie zasługuję. Może na chwilę kończy się kryzys w tym smutnym i pięknym kraju. Przez moment uczniowie nie są tak denerwujący jak zwykle. Instruktorka brzuca mnie długim spojrzeniem, mówiącym OK, tym razem się wywinąłeś. A ja myślę sobie – wiecie, ci starzy milongueros, oni też nie zawsze robili to co im kazano.

Wielka przygoda Malika.

Na Malika sypią się tytuły i wyróżnienia. Nie tylko jest najwyższym na świecie czarnoskórym tancerzem tanga, być może jest także najwyższym tancerzem tanga – i kropka. Gdy spóźniliśmy się na lot do Patagonii, postanowiłem zostać w Buenos. On z kolei uparł się lecieć następnego dnia samemu i najwyraźniej się zgubił. Kryzys ekonomiczny trwa w najlepsze, argentyńskie linie lotnicze nie mają pieniędzy ani benzyny. Wstrzymano wszystkie loty i ostatni e-mail, jaki dostałem od Malika, mówi że utknął gdzieś na dalekim południu. Może Ziemia Ognista. Tak został najbardziej wysuniętym na południe Afroamerykaninem w Ameryce.

Czytaj cześć drugą – jak stawiać kroki w tangu? ?

Powyższy rozdział jest fragmentem opowieści Tango and Chaos in Buenos Aires autorstwa Ricka McGarreya. Będziemy prezentować kolejne jej epizody, dążąc do pełnego przekładu. Tłumaczenie powyższego fragmentu: Grzegorz Wdowiak.

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Grzegorz Wdowiak

Web developer - tworzy strony i aplikacje internetowe. Wreszcie - pisarz (wciąż) amator. Maniak komputerowy i muzyczny. Do niedawna współtwórca, webmaster i redaktor portalu Tango Nuestro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X