Tango and Chaos in Buenos Aires — pierwszy odcinek opowieści o tangu w Mieście Pomyślnych Wiatrów

Dziś lek­tu­ra dla tych, dla któ­rych tan­go to nie tyl­ko taniec, ale też ludzie, miej­sca i histo­rie. Publi­ku­je­my pierw­szy frag­ment wspo­mnień i reflek­sji o tan­gu pió­ra Ric­ka McGar­reya, któ­ry pozwo­lił nam prze­tłu­ma­czyć swo­ją obszer­ną opo­wieść Tan­go and Cha­os in Buenos Aires.

Dziś pierw­sze aka­pi­ty — wspo­mnie­nia z wypra­wy do Buenos Aires pogrą­żo­ne­go w kry­zy­sie 2001 roku, wypra­wy, któ­rej celem była nauka u mistrzów tan­ga. Los oka­zał się wyma­ga­ją­cy — dla wytrwa­łych przy­go­to­wu­jąc wię­cej niż się spo­dzie­wa­li. W kolej­nych roz­dzia­łach podró­że po Ame­ry­ce Połu­dnio­wej, wywia­dy z tan­ce­rza­mi, pora­dy i zwy­cza­je „rdzen­nych” tan­gu­eros. Ale po kolei…
Rick McGar­rey:

Wstęp

W listo­pa­dzie 2001 roku pole­cia­łem do Argen­ty­ny na pię­cio­ty­go­dnio­we waka­cje. Pod­czas wypra­wy publi­ko­wa­łem poniż­sze histo­rie na kil­ku forach inter­ne­to­wych. Opi­su­ją one moje przy­go­dy i zma­ga­nia z nauką tan­ga na par­kie­tach klu­bów Buenos Aires. Kto­kol­wiek doczy­ta do koń­ca, prze­ko­na się że — jak to zwy­kle w życiu bywa — odkry­wa­jąc to pięk­ne mia­sto otrzy­ma­łem dużo wię­cej, niż spo­dzie­wa­łem się dostać. Wszyst­ko co prze­czy­ta­cie jest praw­dą, z jed­nym tyl­ko wyjąt­kiem — imię Male­na zosta­ło zmy­ślo­ne dla ochro­ny pry­wat­no­ści noszą­cej je boha­ter­ki.

Tam, gdzie bije serce tanga

Sobo­ta, 8 grud­nia 2001, 15:36. Jestem w Buenos Aires, wraz z lojal­nym Mali­kiem odpo­wie­dzial­nym za bez­pie­czeń­stwo pod­czas tej nie­pew­nej podró­ży. Razem spro­sta­li­śmy obję­ciom setek argen­tyń­skich kobiet i rygo­rom lokal­nej ban­ko­wo­ści, w codzien­nych zma­ga­niach wypra­co­wu­jąc trzy zasa­dy prze­trwa­nia, któ­re musi pamię­tać każ­dy chęt­ny do pój­ścia w nasze śla­dy: 1.Słuchaj muzy­ki 2.Mniej zna­czy wię­cej 3. Nie zapo­mnij nume­ru PIN. To wszyst­ko na teraz.

(…)

Ponie­dzia­łek, 10 grud­nia 2001, 00:43. Żeby zdą­żyć na samo­lot do Pata­go­nii dziś rano musie­li­by­śmy wstać tak wcze­śnie, że posta­no­wi­li­śmy nie spać całą noc — tyl­ko tań­czyć i o pią­tej rano wyru­szyć w stro­nę lot­ni­ska. To nie był dobry pomysł. Całą dro­gę prze­szli­śmy pie­szo i spóź­ni­li­śmy się na lot. Dla­te­go teraz, po powro­cie do swo­je­go poko­ju, mam wol­ną chwi­lę na pisa­nie.

Tutej­sza gospo­dar­ka idzie na dno. Dwa tygo­dnie temu klien­ci ban­ków popę­dzi­li wypła­cać z nich swo­je oszczęd­no­ści i rząd nie­ocze­ki­wa­nie ogra­ni­czył sumę pie­nię­dzy moż­li­wą do wybra­nia z kon­ta do 250 dola­rów tygo­dnio­wo. Wszy­scy wokół są co naj­mniej zanie­po­ko­je­ni sytu­acją. Peso jest ofi­cjal­nie zwią­za­ne z dola­rem sztyw­nym kur­sem 1 do 1, ale praw­do­po­dob­nie zosta­nie zde­wa­lu­owa­ne, co było­by kata­stro­fą dla wszyst­kich posłu­gu­ją­cych się tą walu­tą (tak­że tury­stów). Zdo­by­cie gotów­ki sta­ło się pro­ble­ma­tycz­ne. Ban­ki są prze­peł­nio­ne ludź­mi. Pró­bo­wa­łem się­gnąć po zalicz­kę gotów­ko­wą z mojej Visy, ale oka­za­ło się, że podob­ne ope­ra­cje zosta­ły zablo­ko­wa­ne w week­end. Cze­ki podróż­ne, któ­re przy­pad­kiem wzią­łem za sobą, nie są już wypła­ca­ne w dola­rach; wła­ści­wie jest tyl­ko jed­no, wiecz­nie zatło­czo­ne miej­sce, w któ­rym moż­na je w ogó­le spie­nię­żyć.

Stacja metra w Buenos Aires

Przez pierw­szych kil­ka nocy po milon­gach wra­ca­łem do domu pie­cho­tą i sam, o 4‑tej nad ranem, ale zre­zy­gno­wa­łem z tego sły­sząc wszyst­kie te histo­rie o nara­sta­ją­cej prze­mo­cy. Tutej­sze metro jest rewe­la­cyj­ne. Możesz dostać się wła­ści­wie wszę­dzie za 75 cen­tów, ale o 22-giej skła­dy prze­sta­ją kur­so­wać, więc nocą zosta­ją tyl­ko tak­sów­ki i auto­bu­sy. Przy czym tak­sów­ki rów­nież mają już złą sła­wę, odkąd mąż naj­bar­dziej zna­nej pre­zen­ter­ki tele­wi­zyj­nej w kra­ju otrzy­mał sie­dem pchnięć nożem od tak­sia­rza, któ­ry posta­no­wił go obro­bić. Sami bie­rze­my tyl­ko tak­sów­ki z napi­sem Radio Taxi, sta­ra­jąc się przy tym wyszu­ki­wać star­szych wie­kiem kie­row­ców. Osta­tecz­nie jeśli Malik (było nie było — olbrzy­mi facet) i ja zosta­nie­my napad­nię­ci przez 70-let­nie­go sta­rusz­ka, pew­nie sami na to zasłu­ży­li­śmy.

Z począt­ku milon­gi były tak zatło­czo­ne, że taniec był nie lada wyzwa­niem. Prak­tycz­na rada: stań wraz z part­ner­ką w jed­nej z nie­koń­czą­cych się kole­jek na kra­wę­dzi sali. Tańcz, aż znaj­dziesz się na jej począt­ku. Zaj­mie ci to jakąś godzi­nę. Przy­naj­mniej tak to wyglą­da­ło do ostat­nie­go week­en­du. Kry­zys eko­no­micz­ny dra­stycz­nie ściął fre­kwen­cję na milon­gach, więc miej­sca jest już pod dostat­kiem. Nie­ste­ty, wszy­scy wokół są tak zner­wi­co­wa­ni, że — zda­je się — palą dwa razy wię­cej, tak że nie­zno­śny wskaź­nik zady­mie­nia pozo­stał na tym samym pozio­mie.

Łatwo tu o roz­pad codzien­ne­go try­bu życia. Zazwy­czaj całe noce spę­dza­my poza domem, odsy­pia­jąc za dnia. W miesz­ka­niu jest nas pię­cio­ro, a że każ­dy śpi do póź­na, wyda­je się to cał­kiem nor­mal­ne. Malik, ja i Renee Lin­nell z San Die­go jeste­śmy trze­ma tan­go-tury­sta­mi dzie­lą­cy­mi sta­ro­mod­ne miesz­ka­nie na trze­cim pię­trze z miej­sco­wą dziew­czy­ną o imie­niu Male­na i stu­den­tem z Kolum­bii. Przy­po­mnij sobie naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­te, sta­re miej­sca z fil­mu Lek­cja tan­ga i z grub­sza będziesz wie­dzieć o czym mówię. Szczę­śli­wie wszy­scy zosta­li­śmy przy­ja­ciół­mi. Male­na, porte?a (miej­sco­wa), jest zbun­to­wa­ną cór­ką pro­mi­nent­nej rodzi­ny, któ­ra prze­trwa­ła brud­ną woj­nę lat 70-tych ucie­ka­jąc z mia­sta pod ochro­ną wyna­ję­tych ochro­nia­rzy. Obwo­zi nas po mie­ście w sta­rym, zajeż­dżo­nym aucie i tro­chę się oba­wiam, czy moje imię nie poja­wi się przy jej imie­niu na któ­rejś z czar­nych list. Wie, że nadal nie­bez­piecz­nie jest cho­dzić po oko­li­cy w koszul­ce z Che Gueva­rą, ale nie­szcze­gól­nie się tym przej­mu­je. To Tyle. Jestem już śpią­cy. Czy­ta­jąc ponow­nie to, co napi­sa­łem, mam wra­że­nie że prze­sta­wi­łem raczej ponu­ry obraz. Nic podob­ne­go — praw­dę mówiąc żad­ne­go miej­sca nie polu­bi­łem dotych­czas tak, jak Buenos Aires. Quie­ro Buenos Aires!

…Choć począt­ki nie były łatwe. Oto co napi­sa­łem pierw­szej nocy:

Zabierz­cie mnie stąd! Moja pew­ność sie­bie roz­trza­ska­ła się o par­kiet. Sie­dzę z Mali­kiem w El Beso. Wła­ści­wie nie sie­dzę z Mali­kiem, bo Malik tań­czy. Wszy­scy tutaj są nad­praw­dę DOBRZY! Spró­bo­wa­łem sił w dwóch tań­cach i — krót­ko mówiąc — nie zadzia­ła­ło. Obi­ja­łem się o ludzi wokół, poty­ka­łem o wła­sne sto­py i za nic nie mogłem zna­leźć kon­tak­tu z muzy­ką i part­ner­ką. Jestem zmę­czo­ny, chciał­bym już wra­cać. Jeste­śmy jedy­ny­mi Nor­te Ame­ri­ca­nos w loka­lu, cała resz­ta mówi w nie­zro­zu­mia­łym, hisz­pań­skim dia­lek­cie. Pięć tygo­dni? Nie znio­sę pię­ciu tygo­dni. Może uda mi się zła­pać jakiś samo­lot…

Wracam do gry… Tak jakby

Life is but a wal­king sha­dow,
a poor play­er who struts and frets
his hour upon the sta­ge,
and is heard no more

- Wil­liam Sha­ke­spe­are

Czwar­tek, 13 grud­nia 2001, 15:58. Argen­tyń­czy­cy wie­dzą, że w tan­gu — jak w życiu — posta­wa jest wszyst­kim. Może nie zawsze jest to całą praw­dą (o czym prze­ko­na­li się wal­cząc o Fal­klan­dy), ale zazwy­czaj zda­je egza­min. Malik zwró­cił mi uwa­gę, że wie­lu Argen­tyń­skich męż­czyzn wca­le nie tań­czy rewe­la­cyj­nie, ale myślą że potra­fią — i że taka korek­ta posta­wy wyszła­by na dobre moim kro­kom. I fak­tycz­nie — pomo­gło. Jesz­cze nie­daw­no sie­dzia­łem przy­gnę­bio­ny i wycień­czo­ny w El Beso (pierw­sza noc w Buenos…). Ale los zawsze dąży ku lep­sze­mu, praw­da? Naj­waż­niej­sza oka­za­ła się dobrze prze­spa­na noc, swo­ją rolę ode­gra­ło rów­nież umiesz­cze­nie mnie w gru­pie zaawan­so­wa­nej na tre­nin­gu kolej­ne­go wie­czo­ra. Każ­dy dosta­nie swo­je pięć minut.

Dru­giej nocy znów wylą­do­wa­li­śmy w El Beso, na zaję­ciach — wokół wciąż sami miej­sco­wi. Tutej­szy dzien­nik Cla­rin twier­dzi, że na tym kur­sie nauczy­ło się tań­czyć wię­cej porte?os niż gdzie­kol­wiek indziej (pew­nie już wie­cie — Buenos Aires to mia­sto por­to­we i jego miesz­kań­cy, zwią­za­ni z por­tem, zwa­ni są wła­śnie porte?os). Klub i szko­ła są pro­wa­dzo­ne przez Susa­nę Mil­ler (uczą­cą rów­nież w USA) i więk­szość kobiet-instruk­to­rek jest rów­nie ostra i dosad­na jak ona. Ale przede wszyst­kim każ­da z nich jest kom­pe­tent­na i wciąż ma w pamię­ci daw­nych milon­gu­eros i ich tech­ni­kę tań­ca. Nie­ste­ty, żad­na nie mówi po angiel­sku, a wystrze­li­wa­ne w naszym kie­run­ku instruk­cje w Lun­far­do brzmią co naj­mniej obco. Jako że Malik i ja jeste­śmy jedy­ny­mi grin­gos na zaję­ciach, nikt nie myśli o tłu­ma­cze­niu.
Jest nas tu wie­lu i zaczę­li­śmy w jed­nej gru­pie. Po pół­to­rej godzi­ny zajęć nasta­ła prze­rwa (wszę­dzie papie­ro­sy) i podzie­lo­no nas na dwa pozio­my zaawan­so­wa­nia. Ku moje­mu zdzi­wie­niu tra­fi­łem do bar­dziej zaawan­so­wa­nej gru­py, pro­wa­dzo­nej przez Annę Marię. Co wię­cej, uczo­no nas tego, co mia­łem już oka­zję prze­ro­bić same­mu z lek­cji video. Ćwi­czy­łem to wszyst­ko wie­lo­krot­nie w swo­im domu, tak że wypa­dłem lepiej niż — być może — zasłu­gu­ję.

O 23.30, zaraz po zaję­ciach, zaczy­na się milon­ga — napraw­dę dobra milon­ga. Wszy­scy wokół od razu zna­leź­li parę, ja usia­dłem gdzieś z boku. Anna Maria zła­pa­ła moje spoj­rze­nie i przy­wo­ła­ła mnie do sie­bie. Sali­mos? — zapy­ta­ła. Pro­si­ła mnie do tań­ca, co bar­dzo rzad­ko się tutaj spo­ty­ka. Może będąc jed­nym z naj­lep­szych milon­gu­eras w Buenos masz pra­wo do wła­snej ety­kie­ty? Chciał­bym móc powie­dzieć, że moje umie­jęt­no­ści zro­bi­ły na niej takie wra­że­nie, że nie mogła sobie odmó­wić, ale znam praw­dę. Była gospo­da­rzem, a ja byłem jedy­nym (oprócz Mali­ka) Ame­ri­ca­no, do tego prze­cież pła­cą­cym klien­tem, i jedy­ną oso­bą sie­dzą­cą samot­nie pod ścia­ną. Lo sien­to, pero ten­go mie­do — powie­dzia­łem. Nie pomo­gło. Bałem się czy nie, zosta­łem wcią­gnię­ty na par­kiet. Nie poma­ga­ło rów­nież to, że Car­los Gavi­to obser­wo­wał zaję­cia, a teraz sie­dział na skra­ju par­kie­tu śle­dząc każ­dy nasz ruch. Zatań­czy­li­śmy trzy lub czte­ry tań­ce i nie będę kła­mał, że były uda­ne. Led­wo nadą­ża­łem za muzy­ką. Ale Anna Maria Sha­pi­ra, maestra tan­go bli­skie­go trzy­ma­nia jest part­ner­ką z któ­rą tań­czy się tak łatwo, że jakoś to prze­trwa­łem. I zyska­łem na pew­no­ści sie­bie.

Teraz już wiem, że waż­nym ele­men­tem tan­ga jest gra aktor­ska i wie­lu naj­lep­szych tan­ce­rzy po pro­stu gra. Uwiel­biam na nich patrzeć. Mimo wszyst­ko, dla mnie naj­waż­niej­sze jest prze­ży­cie wewnętrz­ne. Dla­te­go wła­śnie tak dłu­go zma­ga­łem się z tan­giem w bli­skim trzy­ma­niu. Nie jest tak efek­tow­ne jak tan­go ?aktor­skie? i wyda­je się prost­sze. Ale to nie­praw­da. Tań­czysz bli­sko muzy­ki. Mię­dzy part­ne­ra­mi prze­pły­wa­ją sub­tel­ne uczu­cia, któ­re mogły­by zgu­bić się w bar­dziej poka­zo­wym sty­lu. Tam, skąd pocho­dzę, w ogó­le tego nie uczą i naj­lep­sze w całej wypra­wie jest wła­śnie to, że w koń­cu zaczy­nam rozu­mieć pod­sta­wy bli­skie­go trzy­ma­nia. Wszyst­kie tan­go­we fra­ze­sy: czuj muzy­kę, naucz się cho­dzić, zadbaj o kobie­tę zaczy­na­ją nabie­rać zna­cze­nia.

Tango na ulicach Buenos

Nie­ste­ty karu­ze­la pew­no­ści sie­bie krę­ci się dalej. W jed­ną chwi­lę jestem Baro­nem Buenos Aires, w następ­nej boję się wejść na par­kiet. Są dobre tań­ce, tań­ce nie­złe i cał­kiem złe. I kata­stro­fy, gdy oble­wam się potem widząc swo­ją poraż­kę, wal­cząc na klau­stro­fo­bicz­nym par­kie­cie i ner­wo­wo uśmie­cha­jąc się do zawie­dzio­nej Argen­tyn­ki.

Ale teraz chciał­bym napi­sać o moim zwy­cię­stwie. Nic wiel­kie­go, choć war­to wspo­mnieć. Mały krok naprzód. Rzecz mia­ła miej­sce kil­ka dni temu, na zaję­ciach. Byłem tro­chę znu­dzo­ny, tro­chę zmę­czo­ny. Uczy­li cze­goś skom­pli­ko­wa­ne­go i sta­ra­łem się nie wychy­lać, wyko­nu­jąc mini­mum potrzeb­nych ruchów. I nagle… Tra­fi­łem na part­ner­kę, któ­rej za nic nie chcia­łem widzieć naprze­ciw sie­bie. Star­sza, twar­da z cha­rak­te­ru instruk­tor­ka, któ­ra tań­czy już pew­nie jakieś 30 lat. Nigdy się nie uśmie­cha i nie mówi nicze­go oprócz krót­kich i czę­stych instruk­cji. Na zaję­ciach mamy pra­co­wać nad tech­ni­ką, po czym część instruk­to­rów tań­czy z ucznia­mi, a inni prze­cha­dza­ją się wokół i kory­gu­ją. Gdy muzy­ka prze­sta­je grać, nastę­pu­ją kolej­ne poka­zy i korek­ty, wresz­cie kolej­na por­cja muzy­ki. Więc zaczę­to grać. Posta­wa — OK. Ramio­na opusz­czo­ne i ścią­gnię­te — OK. Obję­cie, klat­ka pier­sio­wa z przo­du, lek­kie nachy­le­nie w ocze­ki­wa­niu na muzy­kę i zaczy­na­my. Ale nie mogłem wyko­nać wyuczo­nej sekwen­cji! Zro­bi­łem krok naprzód. Noga, noga, pau­za. Noga, noga, pau­za. Aż wresz­cie muzy­ka zaczę­ła do mnie docie­rać. To mógł być Di Sar­li. Zda­rza mi się to, gdy jestem zmę­czo­ny. Krok i krok, krok, krok, pau­za. Nie mia­łem poję­cia, co mie­li­śmy wła­śnie ćwi­czyć, ale emo­cje gra­ne­go utwo­ru har­mo­ni­zo­wa­ły ze mną. Sze­dłem dalej, czu­jąc muzy­kę w sobie. Wol­niej, krok, pau­za, krok, krok. Potem dłuż­szy, wycią­gnię­ty. Cze­ka­łem, aż moja part­ner­ka zbesz­ta mnie i każe wra­cać do ćwi­czeń. Nic. Muzy­ka prze­cho­dzi­ła przez moje cia­ło, prze­ni­ka­ła przez nią — i szli­śmy. Zwy­czaj­nie. Odczu­łem to jak krót­ką chwi­lę, ale prze­tań­czy­li­śmy tak całą pio­sen­kę. Muzy­ka usta­ła, ona nie powie­dzia­ła nicze­go i przez moment sta­ła w bez­ru­chu. Potem dwu­krot­nie ści­snę­ła moją lewą dłoń.

Potem przy­cho­dzi czas na poka­zy. Ucznio­wie robią coś źle i sta­ra­ją się to sko­ry­go­wać, ale ja nie zwra­cam na to uwa­gi. Zaczy­na grać muzy­ka. Znów Di Sar­li, jak sądzę. Może Biag­gi. Jesz­cze głę­biej we mnie — i tym bar­dziej nie ma mowy, żebym robił to, co przed momen­tem ćwi­czy­li­śmy. Po pro­stu zaczy­nam się ruszać. Nie­kie­dy, na cia­sno upa­ko­wa­nych ludź­mi milon­gach, tłum wyda­je się poru­szać jak jeden orga­nizm: pau­za, taniec, dłu­gi krok, pau­za. Kie­dy dzie­je się to póź­ną nocą na dużym par­kie­cie, widok jest nie­sa­mo­wi­ty. Każ­dy to czu­je. Tan­ce­rze wyglą­da­ją jak sta­do dłu­go­no­gich, nad­brzeż­nych pta­ków — przez moment wypa­tru­ją­cych zdo­by­czy pod taflą wody, potem robią­cych dłu­gi, wdzięcz­ny krok naprzód. Nie cał­kiem razem, ale… Pau­za i krok… czu­ję to wytwor­ne poru­sze­nie.

Muzy­ka cią­gnię cię za sobą, jak dziec­ko z zabaw­ką na sznur­ku: szkrab zatrzy­mu­je się poba­wić samo­cho­dzi­kiem, po czym szar­pie za sznu­rek i zabaw­ka rusza dalej. Muzy­ka prze­cią­ga mnie przez par­kiet… a ta star­sza, cięż­ka kobie­ta podą­ża za mną bez jed­ne­go gestu sprze­ci­wu. Zda­je się znać każ­dy mój krok jesz­cze zanim go wyko­nam. Muzy­ka prze­cho­dzi prze­ze mnie tra­fia­jąc do niej. Abso­lut­nie pro­sta spra­wa. Krok, pau­za, prze­nie­sie­nie cię­ża­ru, osa­dze­nie sto­py, krót­ki i dłu­gi krok. Może szyb­ki krok milon­gu­ero, może inny, deli­kat­ny. Pau­za i znie­ru­cho­mie­nie. Potem lek­kie zako­ły­sa­nie i krok naprzód, pomię­dzy walecz­nych uczniów i skra­da­ją­cych się instruk­to­rów. Takie pro­ste, takie pro­ste. To wszyst­ko nic. I wszyst­ko. Wyzwo­lo­ny przez muzy­kę. Wresz­cie taniec dobie­ga koń­ca i znów czu­ję dwa uści­ski na lewej dło­ni, gdy moja part­ner­ka mówi do sie­bie ciche Lin­do, lin­do… — komen­tarz na któ­ry nie zasłu­gu­ję. Może na chwi­lę koń­czy się kry­zys w tym smut­nym i pięk­nym kra­ju. Przez moment ucznio­wie nie są tak dener­wu­ją­cy jak zwy­kle. Instruk­tor­ka brzu­ca mnie dłu­gim spoj­rze­niem, mówią­cym OK, tym razem się wywi­ną­łeś. A ja myślę sobie — wie­cie, ci sta­rzy milon­gu­eros, oni też nie zawsze robi­li to co im kaza­no.

Wielka przygoda Malika.

Na Mali­ka sypią się tytu­ły i wyróż­nie­nia. Nie tyl­ko jest naj­wyż­szym na świe­cie czar­no­skó­rym tan­ce­rzem tan­ga, być może jest tak­że naj­wyż­szym tan­ce­rzem tan­ga — i krop­ka. Gdy spóź­ni­li­śmy się na lot do Pata­go­nii, posta­no­wi­łem zostać w Buenos. On z kolei uparł się lecieć następ­ne­go dnia same­mu i naj­wy­raź­niej się zgu­bił. Kry­zys eko­no­micz­ny trwa w naj­lep­sze, argen­tyń­skie linie lot­ni­cze nie mają pie­nię­dzy ani ben­zy­ny. Wstrzy­ma­no wszyst­kie loty i ostat­ni e‑mail, jaki dosta­łem od Mali­ka, mówi że utknął gdzieś na dale­kim połu­dniu. Może Zie­mia Ogni­sta. Tak został naj­bar­dziej wysu­nię­tym na połu­dnie Afro­ame­ry­ka­ni­nem w Ame­ry­ce.

Czy­taj cześć dru­gą — jak sta­wiać kro­ki w tan­gu? ?

Powyż­szy roz­dział jest frag­men­tem opo­wie­ści Tan­go and Cha­os in Buenos Aires autor­stwa Ric­ka McGar­reya. Będzie­my pre­zen­to­wać kolej­ne jej epi­zo­dy, dążąc do peł­ne­go prze­kła­du. Tłu­ma­cze­nie powyż­sze­go frag­men­tu: Grze­gorz Wdo­wiak.

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Grzegorz Wdowiak

Web developer - tworzy strony i aplikacje internetowe. Wreszcie - pisarz (wciąż) amator. Maniak komputerowy i muzyczny. Do niedawna współtwórca, webmaster i redaktor portalu Tango Nuestro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X