Tadeusz Dębski – Tak to się wszystko zaczęło… (cz. 1)

Skąd w Polsce tango argentyńskie? Kto zaszczepił taniec z egzotycznego dla nas regionu świata w nadwiślańskiej krainie i jakim cudem tak dobrze się tu przyjął? Dzisiaj tango tańczy tu co najmniej kilkaset osób, spotykających się na ponad 60 milongach tygodniowo. Wszystko zaczęło się jednak od garstki pionierów. Przedstawiamy fragment książki Emocje Tanga autorstwa Tadeusza Dębskiego, opisujący początki tanga w Polsce. Dziś pierwsza część opowieści – jutro opublikujemy drugą.

Jak pojawiło się tango i pierwsze kroki

Jest niedziela. Siedzimy ze znajomymi w salonie. Kawka, winko, ciasteczka i gadamy o niczym. Wchodzi nasza córka Marta i po kurtuazyjnej wymianie słów informuje nas, że jej przyjaciółka Ania Iberszer tańczy tango argentyńskie, i że według jej – Marty – oceny to jest coś dla nas, i że zamiast tak siedzieć powinniśmy pójść na warsztaty, które prowadzi w Domu Kultury „Oko” na Grójeckiej niejaki Dejwid, Irakijczyk z Kopenhagi.

I że to jest dziś o 21.30.

Ja sie ustawiłem od razu jak do jeża. Jak to? Mnie, Polaka, bedzie uczył po angielsku tanga argentyńskiego Irakijczyk mieszkający w Danii? A jak się podszkolę, to pojadę do Berlina, gdzie nauczyciele z Padwy nauczą mnie, jak się tańczy w Buenos Aires. A w ogóle to kolebką tanga argentyńskiego jest urugwajskie Montevideo. Taki międzynarodowy miszmasz.

Wiele lat później, już jako ukształtowany tancerz, uznałem ten swój pierwszy internacjonalny komentarz jako swoistą przepowiednię swoich poglądów. Chodzi o to, że ja nie uznaję całej tej kultury tanga, w której się poruszam, jako kultury narodowej Argentyny. Ten przymiotnik „argentyńskie” powstał i jest używany w zasadzie w sposób mocno naciągany. Kultura tanga – to jest wiecej niż sam taniec – została rozpropagowana dzięki cywilizacyjnemu rozwojowi miast. Tango jest tworem ludzi miast na całym świecie. Tworzą je pasjonaci specyficznej muzyki, tańca i stylu nie tylko w Argentynie. W Buenos Aires pozostaje tylko przemysł tango-estradowy dla turystów.

W słynnych szkołach Buenos nie ma Takiego Tanga, jakie mnie zachwyca.
I dlatego tam nie byłem i się nie wybieram.
Tango jest tam, gdzie są wywoływane przez nie emocje. Również w Warszawie.
Bo przecież genezą, zarówno tej muzyki jak i tańca, są ludowe obyczaje emigrantów, również
z obecnego terytorium Polski. Również z Warszawy.
Ale wtedy tego jeszcze nie wiedziałem.

Goście wyszli o 20.30, a nastroje nasze były nie do snu; wrócił temat tych tanców. Bożenka, po winku, była bardzo za. Nie chciała przyjąć argumentu, że już to przerabialiśmy, i że mimo wielu talentów, ten muzyczny i taneczny został mi przez naturę mocno ograniczony.

Ale oświadczenie Marty, że jest wiecej tancerek i że przeważnie są to jej urodziwe koleżanki przeważył.

Poszliśmy zatem na Grójecką. Salka, lustra, jakieś 15 osób. Dejwid coś mówi, Bożenka tłumaczy. Ja nic nie łapię, bo nie słyszę muzyki. To znaczy słyszę, że gra, ale nie widzę związku między muzyką a tymi ruchami, których się uczę. A przede wszystkim, nastąpiło wielkie zderzenie miedzy wyobrażeniem o tangu a rzeczywistością. Nie było wtedy jeszcze filmu Carlosa Saury, ani innych materiałów poglądowych. To co znaliśmy, to jakieś tanga miedzywojenne i tango z różą w zębach z filmu „Pół żartem, pół serio”.

Nikt też nie umiał opowiedzieć, jak jest gdzie indziej, bo takich ludzi w Polsce wtedy po prostu nie było. Kierowałem sie zatem – jak często w życiu – instynktem, a on mnie – jak zwykle – nie zawiódł.

Ale wtedy w to mocno wątpiłem.

Bo ani mi to nie wychodziło, ani bawiło. A te dziewczyny to ani piękne, ani zgrabne, a na dodatek nie chciały ze mną nawet rozmawiać, nie mówiąc o tańczeniu. Bożenka i owszem; szybko zaskoczyła, a na dodatek trafił sie jej amant, który nagminnie z nią tanczył i wrecz ją adorował.

Nie były również zadowolone te młode adeptki, że Bożena zajęła im jedynego sensownego chłopa. I to wobec bliskości męża najprawdopodobniej bezproduktywnie.

W tej samej sali, dwa lata wcześniej, odbyliśmy kurs tańców towarzyskich. Andrzej Gliwiak, po nieudanym tanecznie sylwestrze wykupił cały kurs dla 20 osób z naszego towarzystwa. Zapłacił za wszystkich i nakazał nam przychodzić. Wielu było to nie w smak, ale wobec takiego zaangażowania sił i środków naszego Przyjaciela nie wypadało mu odmówić. Cała grupa dzielnie przez dwa miesiące chodziła na ten kurs, ale efekty były mizerne. Większość osób na następnym sylwestrze tańczyła po swojemu.

Inna sprawa, że ten Dejwid okazał sie bardzo upartym facetem. On postanowił mnie nauczyć, mimo moich drewnianych nóg, co zapewne mam po ojcu, który był stolarzem i konserwatorem mebli. I ja takim meblem byłem. Szczególnie nie mogłem zrozumieć, o co mu chodzi z tym rytmem. Bez przerwy mi mówił jakieś zgłoski i kazał słuchać muzyki. Że niby to jest razem powiązane. Ale ja tego nie rozumiałem, ani wtedy, ani przez wiele następnych lat. Faktem jest, że na pamięć nauczyłem się tego ośmiokrokowego cyklu. Uważam go do dzisiaj za podstawowy i obowiązkowy element nauki. Uczyliśmy sie też jakichś figur, ale poza kołyską nic mi nie wychodziło. Zresztą samo słowo „kołyska” budziło moją niechęć, to i figura wywoływała u mnie mieszane uczucia. Nie mogłem też utrzymać równowagi stojąc na jednej nodze, co jest niezbędne w tańcu. Cały czas się bujałem na obciążanej akurat stopie.

Ten kluczowy dla tanga element opanowałem kilka lat później i to w dziwnych okolicznościach. Mój samolot na Teneryfe opóźnił sie o kilka godzin, a ja oczekując już po wszelkich odprawach ćwiczyłem równoważące chodzenie w sali na Okęciu. Nie zrażony tym, że dziwnie patrzy na mnie około 200 ludzi, chodziłem krokiem tangowym wkoło ławek przez trzy godziny. Stojąc na jednej nodze wykonywałem drugą nogą mały wymach do przodu, potem do tyłu i robiłem krok. Następnie to samo z drugą. Przypominało to trochę ministerstwo dziwnych kroków Monthy Pytona. Ale okazało się skuteczne.

Niby byłem za tym tangiem, ale ono mi po prostu nie wychodziło.
Tak więc, nie mając pozytywnych doświadczeń tanecznych i nie odnosząc żadnych innych
sukcesów w tangu, powinienem go zaniechać.
Tak zapewne by było, gdyby nie pewne ale.
A to ale to Paulina Policzkiewicz.

Tadeusz DębskiAnimator i uczestnik kultury tanga argentyńskiego w Polsce, uznany przez rynek malarz i kontrowersyjny wizjoner w innych dziedzinach sztuki. Autor projektu „Buławy Sobieskiego”.

Podziel się
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
identicon

Grzegorz Wdowiak

Web developer - tworzy strony i aplikacje internetowe. Wreszcie - pisarz (wciąż) amator. Maniak komputerowy i muzyczny. Do niedawna współtwórca, webmaster i redaktor portalu Tango Nuestro.

Jedna myśl na temat “Tadeusz Dębski – Tak to się wszystko zaczęło… (cz. 1)

  • 13 września 2011 o 06:54
    Permalink

    Dzięki Tadeusz, za to confessio. Podbudowałeś moje podupadające, nieszczęsliwie bez wzajemności zakochane, tangowe ego…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

X